Gizbarus
15 kwie 2012, 22:30
Moderator: Realkriss
Posty: 126•
Przejdź do strony:
To moje najnowsze opowiadanie, na które przyszła mi wena znów wtedy, kiedy nie powinna (czyt. na wyjeździe), w związku z czym w ciągu godziny z zapartym tchem napisałem trzy strony A4... Mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu - to powieść specyficzna, bo do tej pory nie zawarłem w niej żadnych dialogów (to najpewniej zmieni się w przyszłości) i akcja rozgrywa się w czasie rzeczywistym (to akurat nie ulegnie zmianie
). Bohater jest... No właśnie - niby zwyczajnym, acz doświadczonym stalkerem, nie znanym nam z imienia ani wyglądu - to pozwala każdemu z czytelników pobudzić wyobraźnię i uczynić go takim, jakim sami sobie go wyobrazimy
W każdym razie, jak mówiłem - wstępy nigdy mi nie wychodzą, więc przechodzę do prezentowania moich wypocin i zachęcam o konstruktywnych komentarzy, a także sugestii, jak chcielibyście, żeby dalej rozwinęła się historia 
[EDITH PIAF]
Jako ciekawostkę, wrzucam po X latach "okładkę" mojej twórczości, zrobioną naturalnie ironicznie przez naszą koleżankę Wayathin
[EDIT]
Dodatkowa informacja dla czytających. Z racji, że Red zainteresował się moim opowiadaniem w stopniu większym, niż normalny czytelnik, dodaję jego 'uzupełnienie' mojej historii z perspektywy idącego moimi śladami Monolitianina. Dla ułatwienia, jego rozdziały nie są określane godzinami, lecz etapami i ich poszczególnymi częściami, dzięki czemu będzie łatwiej je rozróżnić. Historia planowo niedługo ma zacząć się ze sobą splatać, tak więc miłego czytania i oby ten koncept przypadł wam do gustu
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
7.30
8.42
9.37
11.25
13.33
14.27
Monolit, etap I, część I
Monolit, etap I, część II
7 dni później, 12.38
Monolit, etap II, część I
Monolit, etap II, część II
7 dni później, 16.42
Monolit, etap II, część III
8 dni później, 7:30
Monolit, etap III, część I
8 dni później, 8:47
8 dni później, 9:27
[EDITH PIAF]
Jako ciekawostkę, wrzucam po X latach "okładkę" mojej twórczości, zrobioną naturalnie ironicznie przez naszą koleżankę Wayathin
:
[EDIT]
Dodatkowa informacja dla czytających. Z racji, że Red zainteresował się moim opowiadaniem w stopniu większym, niż normalny czytelnik, dodaję jego 'uzupełnienie' mojej historii z perspektywy idącego moimi śladami Monolitianina. Dla ułatwienia, jego rozdziały nie są określane godzinami, lecz etapami i ich poszczególnymi częściami, dzięki czemu będzie łatwiej je rozróżnić. Historia planowo niedługo ma zacząć się ze sobą splatać, tak więc miłego czytania i oby ten koncept przypadł wam do gustu
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
7.30
:
8.42
:
9.37
:
11.25
:
13.33
:
14.27
:
Monolit, etap I, część I
:
Monolit, etap I, część II
:
7 dni później, 12.38
:
Monolit, etap II, część I
:
Monolit, etap II, część II
:
7 dni później, 16.42
:
Monolit, etap II, część III
:
8 dni później, 7:30
:
Monolit, etap III, część I
:
8 dni później, 8:47
:
8 dni później, 9:27
:
A czy TY już przeczytałeś i oceniłeś moją twórczość?
"Samotność w Zonie" - nadal kontynuowana.
"Dawno temu w Zonie" - tylko dla weteranów forum.
"Za późno" - czerwona część cyklu "Kolory Zony"
"Akurat o czasie" - biała część cyklu "Kolory Zony"
"Za wcześnie" - niebieska część cyklu "Kolory Zony"
"Pęknięte Zwierciadło" - mini-cykl o Zonie w wersji noir
"Samotność w Zonie" - nadal kontynuowana.
"Dawno temu w Zonie" - tylko dla weteranów forum.
"Za późno" - czerwona część cyklu "Kolory Zony"
"Akurat o czasie" - biała część cyklu "Kolory Zony"
"Za wcześnie" - niebieska część cyklu "Kolory Zony"
"Pęknięte Zwierciadło" - mini-cykl o Zonie w wersji noir
Postawili kozaka za ten post (47):
JunxWania OkularnikSkullDaggerWayathinVoldiJo_Masonlukasz638KOSHISzweminek999GorianovblazejroDziab_DziabmegashootersouKudkudakRicSkowooPlaargathPolskiZombieProhibitionStrielokXDThe WitcherStalkerCellEvil4444RCharliePLExtremeAuthentic96KałachRed LiquishertM3Fis70TajemniczyCanthirDommyKrzyk19TheBadgerWiewi0rUberfuhrer_zapalonyRealkrissGildorStalker8606GośćGośćNieznajomy XMitoImiennyKubaStempos
Monolit, etap IV, część I
8 dni później, 14:33
8 dni później, 16:17
?? dni później, ??:??
8 dni później, 16:52
Monolit, etap IV, część II
8 dni później, 17:16
8 dni później, 18:21
9 dni później, 7:30
9 dni później, 9:07
Czy to był strzał?
Nie, nie tym teraz muszę się zająć. Teraz najważniejsze jest to, żeby ten szczeniak nie ruszył się z miejsca. Widzę jak stoi, jak lśni pot, który zrosił obficie jego czoło, widzę jak drży. Niczym w febrze, wpada mi do głowy skojarzenie.
Siedzę oparty o kupę gruzu i jakiegoś śmiecia, a drwal czai się tuż obok. Słychać tylko sapanie i ohydny mlask pożeranych zwłok. Musi być cholernie głodny, bo nawet nie wlókł martwego powinnościowca do swojej kryjówki… Wciąż tkwię w bezruchu, czekam, aż ten sku*wiel sobie…
Nie, nie młody!
Gówniarz unosi akaema. Co robisz? Powoli opiera kolbę o ramię, wtula w nią policzek i zgrywa szczerbinkę z muszką. Och, na wszystkie bóstwa tego świata, co za idiota, myślę. Przynajmniej zrobił to powoli.
Czerwony zerka na mnie. Kręcę powoli głową. Nie rób tego, myślę.
Szczeniak patrzy na mnie, potem na mutanta. Zerka tak przez chwilę. I podejmuje decyzję.
Huk wystrzału miesza się z rykiem wściekłości mutanta. Widzę tylko rozmyty czarny cień, słyszę chrapliwy oddech drwala, czuję jego cholerny smród…
43 minuty wcześniej…
Zwłoki Cyklopa są przewieszone przez barierkę balkonu, z przestrzelonej głowy płynie krew i kawałki mózgu. Opuszczam forta, dławię w sobie żal i chowam pistolet do kabury. Rozglądam się wokół – pusto. Podchodzę do barierki, zdejmuję z niej starca i kładę go na ziemi. Widzę otwór wylotowy pocisku, dokładnie pośrodku czoła. Zamykam staremu oczy i odpinam mu od pasa pojemnik, otwieram – jest tam… Biała kula, emanująca ciepłe, blade światło. Nikt nigdy nie nazwał tego artefaktu. Bo to ja go znalazłem. Dla niego.
Zamykam pojemnik i chowam go do plecaka. Wyciągam z kieszeni kurtki Cyklopa klucz i otwieram nim kufer w jego pokoiku – wszystko na swoim miejscu, jak wiele lat temu. Wyciągam starego Mosina, zawiniętego troskliwie w płótno i twardą skórę pijawki. Pod spodem leży niezabezpieczona kasetka – otwieram ją. W środku tkwi stary rewolwer Nagant. Zabieram kilka paczek amunicji do obu sztuk broni. Rewolwer jak na razie pakuję do plecaka, Mosina ładuję i zarzucam na ramię, a do kieszeni wkładam kilka zapasowych nabojów. Robi się ciężko, myślę. Poprawiam szelki plecaka i przeszukuję pokój. Przetrząsam szafki i komódki, sprawdzam pod materacem starego łóżka. Znajduję tylko parę puszek mielonki i skórzaną torbę. Biorę żarcie i ruszam do wyjścia.
- Hej! Treska! Biegnij do bazy, tu są trupy!
Pewnie Powinność… mają refleks, nie ma co. Opieram dłoń na rękojeści Świętego Ostrza, przyczajam się przy drzwiach. Odziany w czerwień żołnierz wchodzi i niemal natychmiast pada z rozchlastanym gardłem. Słyszę okrzyk gdzieś dalej, dobywam forta i wychylam się zza węgła, trzymając przed sobą pistolet. Widzę młodzika próbującego wycelować do mnie z leciwego kałacha. Świeży nabór. Dwa pociski trafiają go w czoło, młody zwija się jak harmonijka i pada na beton. Kolejni trzej przyjmują postawę bojową, cisną na spusty karabinów. Usuwam się im z linii strzału zawracam na balkon. Kule świszczą mi nad głową, bo ci amatorzy są już w środku. Przesadzam barierkę balkonu i z hukiem dobywającym się spod buciorów ląduję na ziemi. Klnę, gdy stawy zaczynają boleć, ale zwalczam to i biegnę przed siebie. Odwracam się na moment – dwóch zostało na balkonie, jeden biegnie za mną. Pociski sieką ziemię tuż za mną. Skręcam gwałtownie w wąską uliczkę między kolejnymi budynkami przemysłowymi i do moich uszu dociera huk wyładowania i wrzask bólu. No, proszę. Idiota wpadł w „elektrę”. Wpadam do jednej z niedużych hal, wdrapuję się po schodkach na wyższe piętro. W ścianie jest wyrwa, dalej dach garażu… spokojnie doskoczę, zresztą dach jest niżej. Zdejmuję Mosina z ramienia, kucam w rogu pomieszczenia i celuję przez niedużą dziurę, skąd mam widok na spory plac. Już teraz słyszę kroki… Przygotowuję się.
Pierwsi są towarzysze zabitego w Tworze… Obaj przystają na placu, ciężko dysząc. Rozglądają się wokół… po chwili dociera do nich kolejna trójka, mówią coś do towarzyszy gościa z „elektry”. Celuję i pociągam za spust.
Głowa powinnościowca odskakuje, zwłoki bezwładnie padają na glebę z głuchym hukiem. Przeładowuję i kieruję celownik na kolejnego ze świeżo przybyłych. Ten pędzi, by skryć się za najbliższą stertą gruzu. Posyłam kolejny pocisk, gość dostaje w stopę. Leci do przodu, ryje twarzą o ziemię. Słyszę jego krzyk, ale kończę to strzałem w skroń rannego. Kolejni zbili się w grupkę i skryli za starym ZIŁ-em. Doładowuję karabin, zarzucam na ramię i skaczę na dach garażu. Przebiegam kawałek, zeskakuję na ziemię. Któryś mnie przyuważył, posyła za mną serię. Ściągam z drugiego ramienia strzelbę i kryję się między stertą beczek a zimną ścianą hangaru. By się do mnie dostać, muszą przejść przez wąską uliczkę między garażem a kolejną halą. I tak się dzieje – dwóch biegnie w moim kierunku, jeden za drugim. Pociągam za spust, chmura śrutu masakruje pierwszemu jelita, pęcherz i krocze. Gość rzyga krwią i pada na trawę. W powietrzu po chwili czuć smród ekskrementów i uryny. Czekam kilka minut.
Pusto.
Było pięciu. Jeden zwiał.
Doładowuję strzelbę i zarzucam na ramię. Robię w tył zwrot i nurkuję w wąskie przesmyki między gruzem, ruinami i starymi hangarami. Kieruję się w kierunku Jantaru – z pewnością wyciągnę od naukowców jakieś informacje… tamten samotnik na pewno będzie chciał tamtędy przejść.
Wychodzę na spory plac, staram się jak najszybciej go przebyć. Wtedy słyszę odległe ujadanie.
Cholerne psy.
Z opętańczym szczekaniem łączą się okrzyki i podniecone głosy. Tropiciele Powinności, mogłem się tego spodziewać. Ruszam truchtem przed siebie, chowam się za wrakiem helikoptera i ujmuję w dłonie Mosina.
Pierwszy, który wyłania się z krzaków dostaje w splot słoneczny. Krew tryska z rany i rozwartych ust, facet pada na ziemię. Dwaj tropiciele z w sumie sześcioma psami wyhamowują, próbują zawrócić. Zabijam trzy psy, jednego po drugim, na koniec posyłając pocisk w kierunku tropiciela. Dostaje w brzuch. Sięgam po zapasowe naboje i doładowuję karabin. Drugi psiarz wypuszcza kundla z rąk i rzuca się do kumpla. Cholery rzucają się w moją stronę – zabijam jednego, ranię drugiego w łapę, trzeciego chybia. Klnę, wprowadzam kolejny nabój do komory i pies dostaje prosto między oczy. Dobijam tego rannego i kieruję siatkę celownika PU na drugiego z tropicieli – próbuje odciągnąć swojego kumpla. Co to za amatorzy? Posyłam mu pocisk w gardło i kończę tę zabawę.
Jednak teraz dostrzegam błysk w oknie hangaru i jest za późno na jakąkolwiek reakcję.
Odgłos wystrzału dociera do moich uszu na moment po tym, jak pocisk wwierca się w bark, przegryza się przez miękką tkankę i wychodzi z ciała, zawadzając o kość. Ból jest potworny, zaciskam jednak zęby i rzucam się w trawę za linią betonu. Pełznę, sycząc z bólu i kolejna kula trafia w ziemię obok mnie. Wczołguję się za stertę beczek, wstaję, wyrywam rękaw kurki od dłoni do łokcia, wpycham go pod materiał i przykładam do rany. Klnę pod nosem i rzucam się do ucieczki, bo słyszę kroki kolejnych członków pościgu. Już po chwili seria z karabinu dziurawi mi ziemię pod stopami. Spodnie mam już poszarpane od kul, zeschłe gałęzie sieką bezlitośnie odkryte fragmenty skóry. Wbijam się do starej szopy, wyszarpuję z kabury forta i dziurawię jak sito twarz pierwszego czerwonego. Facet pada bez jęku, miast twarzy ma ohydną, poszarpaną, krwawą maskę z jednym ocalałym okiem i resztką ust rozwartą w niemym krzyku. Kolejni czterej sieką pociskami siedem sześćdziesiąt dwa szopę, sięgam za pazuchę po ergedieszkę, „gotuję” chwilę i ciskam w kierunku pościgu.
Krzyk.
Tupot.
Huk.
Odłamki lecą na wszystkie strony, część siecze ścianę szopy, ocalałe okno rozpada się na tysiąc kawałków. Słyszę opętańczy wrzask i charkot. Nie czekam – wyskakuję na zewnątrz i pędzę dalej, słyszę kolejnych. Odwracam się – dwóch. Młodzik i starzec. Przyspieszam, ale pocisk przeszywa mi łydkę. Łapię poślizg, lecę na łeb, na szyję i ryję w betonie, zdzierając sobie odzież i kawałki skóry z twarzy. Ty pierdo*ony debilu, myślę. Jesteś stary, wolny i bierzesz się za osobistą zemstę na jakimś gówniarzu. Brawo, mistrzu.
Słyszę ich podniecone krzyki, słyszę buciory uderzające miarowo o beton. Stary odwraca mnie na plecy i patrzy w oczy.
- sku*wysynu – mówi i pluje mi w twarz – Zabiłeś Cyklopa. Wpakowałeś mu kulkę w łeb. Tak jak innym naszym chłopcom. Masz przesrane, morderco.
Facet łapie mnie za fraki i opiera o stertę gruzu. Chyba chce mnie uderzyć kolbą w twarz, ale wtedy z ciemności wyskakuje cień.
Cień odbija się jak sprężyna od pnia drzewa, doskakuje i łapie starego za szyję. Odciąga go w kierunku wejścia do jednego z garaży. Już wiem, jak stalkerzy zwą to Dziecię – „drwal”. Anorektyczna sylwetka, idealnie czarny kolor cienkiej skóry i czerwone, ziejące nienawiścią ślepia. Zęby niby wampirze, pazury jak u żbika, nawet bardziej zakrzywione. Niesamowicie zwinny i szybki, jednak ma słabość – nie jest zbyt odporny na ołów. Nie sztuką jest go zastrzelić. Sztuką jest w ogóle wycelować.
Tymczasem potwór masakruje starego. Fontanna krwi, mięsa, flaków i kości tryska w powietrze, drwal wgryza się w otwarty tors żywego jeszcze powinnościowca i z ohydnym siorbanie wciąga pozostałą zawartość, a potem zgarnia i wpycha sobie do ust wszystko to, co rozrzucił. Stary już nie żyje.
Zauważam teraz młodzika, dzierżącego AKM. Młody pozieleniał, wpatruje się w drwala mętnym, pełnym przerażenia wzrokiem. Ja patrzę na niego, jednocześnie bardzo powoli sięgając do kabury po forta. Drwal jest skupiony na starym, ale młody stoi bliżej, praktycznie przed mutantem. Jeśli się poruszy…
Czy to był strzał?
Nie, nie tym teraz muszę się zająć. Teraz najważniejsze jest to, żeby ten szczeniak nie ruszył się z miejsca. Widzę jak stoi, jak lśni pot, który zrosił obficie jego czoło, widzę jak drży. Niczym w febrze, wpada mi do głowy skojarzenie.
Siedzę oparty o kupę gruzu i jakiegoś śmiecia, a drwal czai się tuż obok. Słychać tylko sapanie i ohydny mlask pożeranych zwłok. Musi być cholernie głodny, bo nawet nie wlókł martwego powinnościowca do swojej kryjówki… Wciąż tkwię w bezruchu, czekam, aż ten sku*wiel sobie…
Nie, nie młody!
Gówniarz unosi akaema. Co robisz? Powoli opiera kolbę o ramię, wtula w nią policzek i zgrywa szczerbinkę z muszką. Och, na wszystkie bóstwa tego świata, co za idiota, myślę. Przynajmniej zrobił to powoli.
Czerwony zerka na mnie. Kręcę powoli głową. Nie rób tego, myślę.
Szczeniak patrzy na mnie, potem na mutanta. Zerka tak przez chwilę. I podejmuje decyzję.
Huk wystrzału miesza się z rykiem wściekłości mutanta. Widzę tylko rozmyty czarny cień, słyszę chrapliwy oddech drwala, czuję jego cholerny smród…
Dzieciak pruje w mutanta ile wlezie, kałach zaczyna siać pociskami na wszystkie strony, a po chwili słychać już tylko suche trzaski iglicy. Drwal okrąża młodego błyskawicznie, wykręca mu ręce, wbijając mu w nie swoje pazury i zbliża pysk do ucha powinnościowca, jakby chciał mu coś doń wyszeptać. Nie ma czasu na zimną kalkulację – rzucam się po strzelbę starego: SPAS-12 leży trzy metry przede mną. Pieką ranki na nogach, piecze przestrzelona łydka, drażni bólem raniony bark. Adrenalina uderza do głowy, czas zwalnia. Nie słyszę niemal nic, kiedy już mam w rękach strzelbę. Przekręcam się na plecy, i mam teraz przed sobą młodego i drwala, który trzyma go niczym tarczę. Widzę każdy detal twarzy czerwonego: szary wąs nad górną wargą, jasnozielone oczy, kruczoczarne krótkie włosy. Widzę łzy bólu i strachu w tych oczach, potworny grymas niczym u woskowej figury wykrzywił twarz młodego. Podnoszę strzelbę, ignorując tysiące czerwonych mrówek w barku. Gdzieś na niebie zakrakał kruk.
Pierwszy strzał masakruje organy wewnętrzne młodego. Z pęcherza wylewa się uryna, jelito cienkie zbija się z grubym i żołądkiem w bezkształtną, krwawą miazgę. Z ust czerwonego tryska krew, na ziemię z cichym szumem wylewają się płyny ustrojowe, ciemna, śmierdząca jucha i zawartość zmielonych śrutem kiszek. Drugi strzał sprawia, że twarz, gardło i obojczyk młodego zlewają się w jedno, kolejna mieszanina krwi, kości i włosów strzela w powietrze. Drwal upuszcza bezkształtny pokrwawiony tłumok, wyje z bólu. Przestrzeliny zraniły go poważnie, podobnie jak następujący chwilę później trzeci strzał, który niszczy krocze, małe, owłosione przyrodzenie potwora i jego chude uda. Mutant pada jak ścięte drzewo. Miota się, wyje z bólu. Wstaję z grymasem bólu i zmęczenia na twarzy. Wpycham strzelbę do ust paskudy i strzelam tak długo, aż kończą się naboje w rurowym magazynku. Z głowy mutanta nie pozostaje nic.
Odrzucam broń i spoglądam na zmasakrowane zwłoki drwala i młodego. Dlaczego, Matko, wydałaś na świat… to? – myślę, patrząc na mutanta. Podnoszę swojego bajkała i mosina, zarzucam je na ramiona. Przeszukuję powinnościowców – biorę śrut i racje żywnościowe. Podnoszę się, opatruję ranę łydki i wstrzykuję sobie zastrzyk przeciwtężcowy. Nie zatrzymuję się – ruszam dalej, aż docieram do ogromnej kałuży krwi, skupionej wokół jednego punktu. Kolejny Twór. Omijam go i ruszam dalej, w kierunku Jantaru.
Towarzyszy mi tylko krakanie samotnego kruka i coraz dalsze pokrzykiwania członków Powinności.
Nie, nie tym teraz muszę się zająć. Teraz najważniejsze jest to, żeby ten szczeniak nie ruszył się z miejsca. Widzę jak stoi, jak lśni pot, który zrosił obficie jego czoło, widzę jak drży. Niczym w febrze, wpada mi do głowy skojarzenie.
Siedzę oparty o kupę gruzu i jakiegoś śmiecia, a drwal czai się tuż obok. Słychać tylko sapanie i ohydny mlask pożeranych zwłok. Musi być cholernie głodny, bo nawet nie wlókł martwego powinnościowca do swojej kryjówki… Wciąż tkwię w bezruchu, czekam, aż ten sku*wiel sobie…
Nie, nie młody!
Gówniarz unosi akaema. Co robisz? Powoli opiera kolbę o ramię, wtula w nią policzek i zgrywa szczerbinkę z muszką. Och, na wszystkie bóstwa tego świata, co za idiota, myślę. Przynajmniej zrobił to powoli.
Czerwony zerka na mnie. Kręcę powoli głową. Nie rób tego, myślę.
Szczeniak patrzy na mnie, potem na mutanta. Zerka tak przez chwilę. I podejmuje decyzję.
Huk wystrzału miesza się z rykiem wściekłości mutanta. Widzę tylko rozmyty czarny cień, słyszę chrapliwy oddech drwala, czuję jego cholerny smród…
43 minuty wcześniej…
Zwłoki Cyklopa są przewieszone przez barierkę balkonu, z przestrzelonej głowy płynie krew i kawałki mózgu. Opuszczam forta, dławię w sobie żal i chowam pistolet do kabury. Rozglądam się wokół – pusto. Podchodzę do barierki, zdejmuję z niej starca i kładę go na ziemi. Widzę otwór wylotowy pocisku, dokładnie pośrodku czoła. Zamykam staremu oczy i odpinam mu od pasa pojemnik, otwieram – jest tam… Biała kula, emanująca ciepłe, blade światło. Nikt nigdy nie nazwał tego artefaktu. Bo to ja go znalazłem. Dla niego.
Zamykam pojemnik i chowam go do plecaka. Wyciągam z kieszeni kurtki Cyklopa klucz i otwieram nim kufer w jego pokoiku – wszystko na swoim miejscu, jak wiele lat temu. Wyciągam starego Mosina, zawiniętego troskliwie w płótno i twardą skórę pijawki. Pod spodem leży niezabezpieczona kasetka – otwieram ją. W środku tkwi stary rewolwer Nagant. Zabieram kilka paczek amunicji do obu sztuk broni. Rewolwer jak na razie pakuję do plecaka, Mosina ładuję i zarzucam na ramię, a do kieszeni wkładam kilka zapasowych nabojów. Robi się ciężko, myślę. Poprawiam szelki plecaka i przeszukuję pokój. Przetrząsam szafki i komódki, sprawdzam pod materacem starego łóżka. Znajduję tylko parę puszek mielonki i skórzaną torbę. Biorę żarcie i ruszam do wyjścia.
- Hej! Treska! Biegnij do bazy, tu są trupy!
Pewnie Powinność… mają refleks, nie ma co. Opieram dłoń na rękojeści Świętego Ostrza, przyczajam się przy drzwiach. Odziany w czerwień żołnierz wchodzi i niemal natychmiast pada z rozchlastanym gardłem. Słyszę okrzyk gdzieś dalej, dobywam forta i wychylam się zza węgła, trzymając przed sobą pistolet. Widzę młodzika próbującego wycelować do mnie z leciwego kałacha. Świeży nabór. Dwa pociski trafiają go w czoło, młody zwija się jak harmonijka i pada na beton. Kolejni trzej przyjmują postawę bojową, cisną na spusty karabinów. Usuwam się im z linii strzału zawracam na balkon. Kule świszczą mi nad głową, bo ci amatorzy są już w środku. Przesadzam barierkę balkonu i z hukiem dobywającym się spod buciorów ląduję na ziemi. Klnę, gdy stawy zaczynają boleć, ale zwalczam to i biegnę przed siebie. Odwracam się na moment – dwóch zostało na balkonie, jeden biegnie za mną. Pociski sieką ziemię tuż za mną. Skręcam gwałtownie w wąską uliczkę między kolejnymi budynkami przemysłowymi i do moich uszu dociera huk wyładowania i wrzask bólu. No, proszę. Idiota wpadł w „elektrę”. Wpadam do jednej z niedużych hal, wdrapuję się po schodkach na wyższe piętro. W ścianie jest wyrwa, dalej dach garażu… spokojnie doskoczę, zresztą dach jest niżej. Zdejmuję Mosina z ramienia, kucam w rogu pomieszczenia i celuję przez niedużą dziurę, skąd mam widok na spory plac. Już teraz słyszę kroki… Przygotowuję się.
Pierwsi są towarzysze zabitego w Tworze… Obaj przystają na placu, ciężko dysząc. Rozglądają się wokół… po chwili dociera do nich kolejna trójka, mówią coś do towarzyszy gościa z „elektry”. Celuję i pociągam za spust.
Głowa powinnościowca odskakuje, zwłoki bezwładnie padają na glebę z głuchym hukiem. Przeładowuję i kieruję celownik na kolejnego ze świeżo przybyłych. Ten pędzi, by skryć się za najbliższą stertą gruzu. Posyłam kolejny pocisk, gość dostaje w stopę. Leci do przodu, ryje twarzą o ziemię. Słyszę jego krzyk, ale kończę to strzałem w skroń rannego. Kolejni zbili się w grupkę i skryli za starym ZIŁ-em. Doładowuję karabin, zarzucam na ramię i skaczę na dach garażu. Przebiegam kawałek, zeskakuję na ziemię. Któryś mnie przyuważył, posyła za mną serię. Ściągam z drugiego ramienia strzelbę i kryję się między stertą beczek a zimną ścianą hangaru. By się do mnie dostać, muszą przejść przez wąską uliczkę między garażem a kolejną halą. I tak się dzieje – dwóch biegnie w moim kierunku, jeden za drugim. Pociągam za spust, chmura śrutu masakruje pierwszemu jelita, pęcherz i krocze. Gość rzyga krwią i pada na trawę. W powietrzu po chwili czuć smród ekskrementów i uryny. Czekam kilka minut.
Pusto.
Było pięciu. Jeden zwiał.
Doładowuję strzelbę i zarzucam na ramię. Robię w tył zwrot i nurkuję w wąskie przesmyki między gruzem, ruinami i starymi hangarami. Kieruję się w kierunku Jantaru – z pewnością wyciągnę od naukowców jakieś informacje… tamten samotnik na pewno będzie chciał tamtędy przejść.
Wychodzę na spory plac, staram się jak najszybciej go przebyć. Wtedy słyszę odległe ujadanie.
Cholerne psy.
Z opętańczym szczekaniem łączą się okrzyki i podniecone głosy. Tropiciele Powinności, mogłem się tego spodziewać. Ruszam truchtem przed siebie, chowam się za wrakiem helikoptera i ujmuję w dłonie Mosina.
Pierwszy, który wyłania się z krzaków dostaje w splot słoneczny. Krew tryska z rany i rozwartych ust, facet pada na ziemię. Dwaj tropiciele z w sumie sześcioma psami wyhamowują, próbują zawrócić. Zabijam trzy psy, jednego po drugim, na koniec posyłając pocisk w kierunku tropiciela. Dostaje w brzuch. Sięgam po zapasowe naboje i doładowuję karabin. Drugi psiarz wypuszcza kundla z rąk i rzuca się do kumpla. Cholery rzucają się w moją stronę – zabijam jednego, ranię drugiego w łapę, trzeciego chybia. Klnę, wprowadzam kolejny nabój do komory i pies dostaje prosto między oczy. Dobijam tego rannego i kieruję siatkę celownika PU na drugiego z tropicieli – próbuje odciągnąć swojego kumpla. Co to za amatorzy? Posyłam mu pocisk w gardło i kończę tę zabawę.
Jednak teraz dostrzegam błysk w oknie hangaru i jest za późno na jakąkolwiek reakcję.
Odgłos wystrzału dociera do moich uszu na moment po tym, jak pocisk wwierca się w bark, przegryza się przez miękką tkankę i wychodzi z ciała, zawadzając o kość. Ból jest potworny, zaciskam jednak zęby i rzucam się w trawę za linią betonu. Pełznę, sycząc z bólu i kolejna kula trafia w ziemię obok mnie. Wczołguję się za stertę beczek, wstaję, wyrywam rękaw kurki od dłoni do łokcia, wpycham go pod materiał i przykładam do rany. Klnę pod nosem i rzucam się do ucieczki, bo słyszę kroki kolejnych członków pościgu. Już po chwili seria z karabinu dziurawi mi ziemię pod stopami. Spodnie mam już poszarpane od kul, zeschłe gałęzie sieką bezlitośnie odkryte fragmenty skóry. Wbijam się do starej szopy, wyszarpuję z kabury forta i dziurawię jak sito twarz pierwszego czerwonego. Facet pada bez jęku, miast twarzy ma ohydną, poszarpaną, krwawą maskę z jednym ocalałym okiem i resztką ust rozwartą w niemym krzyku. Kolejni czterej sieką pociskami siedem sześćdziesiąt dwa szopę, sięgam za pazuchę po ergedieszkę, „gotuję” chwilę i ciskam w kierunku pościgu.
Krzyk.
Tupot.
Huk.
Odłamki lecą na wszystkie strony, część siecze ścianę szopy, ocalałe okno rozpada się na tysiąc kawałków. Słyszę opętańczy wrzask i charkot. Nie czekam – wyskakuję na zewnątrz i pędzę dalej, słyszę kolejnych. Odwracam się – dwóch. Młodzik i starzec. Przyspieszam, ale pocisk przeszywa mi łydkę. Łapię poślizg, lecę na łeb, na szyję i ryję w betonie, zdzierając sobie odzież i kawałki skóry z twarzy. Ty pierdo*ony debilu, myślę. Jesteś stary, wolny i bierzesz się za osobistą zemstę na jakimś gówniarzu. Brawo, mistrzu.
Słyszę ich podniecone krzyki, słyszę buciory uderzające miarowo o beton. Stary odwraca mnie na plecy i patrzy w oczy.
- sku*wysynu – mówi i pluje mi w twarz – Zabiłeś Cyklopa. Wpakowałeś mu kulkę w łeb. Tak jak innym naszym chłopcom. Masz przesrane, morderco.
Facet łapie mnie za fraki i opiera o stertę gruzu. Chyba chce mnie uderzyć kolbą w twarz, ale wtedy z ciemności wyskakuje cień.
Cień odbija się jak sprężyna od pnia drzewa, doskakuje i łapie starego za szyję. Odciąga go w kierunku wejścia do jednego z garaży. Już wiem, jak stalkerzy zwą to Dziecię – „drwal”. Anorektyczna sylwetka, idealnie czarny kolor cienkiej skóry i czerwone, ziejące nienawiścią ślepia. Zęby niby wampirze, pazury jak u żbika, nawet bardziej zakrzywione. Niesamowicie zwinny i szybki, jednak ma słabość – nie jest zbyt odporny na ołów. Nie sztuką jest go zastrzelić. Sztuką jest w ogóle wycelować.
Tymczasem potwór masakruje starego. Fontanna krwi, mięsa, flaków i kości tryska w powietrze, drwal wgryza się w otwarty tors żywego jeszcze powinnościowca i z ohydnym siorbanie wciąga pozostałą zawartość, a potem zgarnia i wpycha sobie do ust wszystko to, co rozrzucił. Stary już nie żyje.
Zauważam teraz młodzika, dzierżącego AKM. Młody pozieleniał, wpatruje się w drwala mętnym, pełnym przerażenia wzrokiem. Ja patrzę na niego, jednocześnie bardzo powoli sięgając do kabury po forta. Drwal jest skupiony na starym, ale młody stoi bliżej, praktycznie przed mutantem. Jeśli się poruszy…
Czy to był strzał?
Nie, nie tym teraz muszę się zająć. Teraz najważniejsze jest to, żeby ten szczeniak nie ruszył się z miejsca. Widzę jak stoi, jak lśni pot, który zrosił obficie jego czoło, widzę jak drży. Niczym w febrze, wpada mi do głowy skojarzenie.
Siedzę oparty o kupę gruzu i jakiegoś śmiecia, a drwal czai się tuż obok. Słychać tylko sapanie i ohydny mlask pożeranych zwłok. Musi być cholernie głodny, bo nawet nie wlókł martwego powinnościowca do swojej kryjówki… Wciąż tkwię w bezruchu, czekam, aż ten sku*wiel sobie…
Nie, nie młody!
Gówniarz unosi akaema. Co robisz? Powoli opiera kolbę o ramię, wtula w nią policzek i zgrywa szczerbinkę z muszką. Och, na wszystkie bóstwa tego świata, co za idiota, myślę. Przynajmniej zrobił to powoli.
Czerwony zerka na mnie. Kręcę powoli głową. Nie rób tego, myślę.
Szczeniak patrzy na mnie, potem na mutanta. Zerka tak przez chwilę. I podejmuje decyzję.
Huk wystrzału miesza się z rykiem wściekłości mutanta. Widzę tylko rozmyty czarny cień, słyszę chrapliwy oddech drwala, czuję jego cholerny smród…
Dzieciak pruje w mutanta ile wlezie, kałach zaczyna siać pociskami na wszystkie strony, a po chwili słychać już tylko suche trzaski iglicy. Drwal okrąża młodego błyskawicznie, wykręca mu ręce, wbijając mu w nie swoje pazury i zbliża pysk do ucha powinnościowca, jakby chciał mu coś doń wyszeptać. Nie ma czasu na zimną kalkulację – rzucam się po strzelbę starego: SPAS-12 leży trzy metry przede mną. Pieką ranki na nogach, piecze przestrzelona łydka, drażni bólem raniony bark. Adrenalina uderza do głowy, czas zwalnia. Nie słyszę niemal nic, kiedy już mam w rękach strzelbę. Przekręcam się na plecy, i mam teraz przed sobą młodego i drwala, który trzyma go niczym tarczę. Widzę każdy detal twarzy czerwonego: szary wąs nad górną wargą, jasnozielone oczy, kruczoczarne krótkie włosy. Widzę łzy bólu i strachu w tych oczach, potworny grymas niczym u woskowej figury wykrzywił twarz młodego. Podnoszę strzelbę, ignorując tysiące czerwonych mrówek w barku. Gdzieś na niebie zakrakał kruk.
Pierwszy strzał masakruje organy wewnętrzne młodego. Z pęcherza wylewa się uryna, jelito cienkie zbija się z grubym i żołądkiem w bezkształtną, krwawą miazgę. Z ust czerwonego tryska krew, na ziemię z cichym szumem wylewają się płyny ustrojowe, ciemna, śmierdząca jucha i zawartość zmielonych śrutem kiszek. Drugi strzał sprawia, że twarz, gardło i obojczyk młodego zlewają się w jedno, kolejna mieszanina krwi, kości i włosów strzela w powietrze. Drwal upuszcza bezkształtny pokrwawiony tłumok, wyje z bólu. Przestrzeliny zraniły go poważnie, podobnie jak następujący chwilę później trzeci strzał, który niszczy krocze, małe, owłosione przyrodzenie potwora i jego chude uda. Mutant pada jak ścięte drzewo. Miota się, wyje z bólu. Wstaję z grymasem bólu i zmęczenia na twarzy. Wpycham strzelbę do ust paskudy i strzelam tak długo, aż kończą się naboje w rurowym magazynku. Z głowy mutanta nie pozostaje nic.
Odrzucam broń i spoglądam na zmasakrowane zwłoki drwala i młodego. Dlaczego, Matko, wydałaś na świat… to? – myślę, patrząc na mutanta. Podnoszę swojego bajkała i mosina, zarzucam je na ramiona. Przeszukuję powinnościowców – biorę śrut i racje żywnościowe. Podnoszę się, opatruję ranę łydki i wstrzykuję sobie zastrzyk przeciwtężcowy. Nie zatrzymuję się – ruszam dalej, aż docieram do ogromnej kałuży krwi, skupionej wokół jednego punktu. Kolejny Twór. Omijam go i ruszam dalej, w kierunku Jantaru.
Towarzyszy mi tylko krakanie samotnego kruka i coraz dalsze pokrzykiwania członków Powinności.
Droga w malowniczą okolicę przebiegła bez większych przygód. Niestety, cały ten czas towarzyszył mi lepki smród zmiażdżonych wnętrzności pijawki na moim płaszczu. Przez głowę przelatuje mi ironiczna myśl, że być może dlatego waśnie nie musiałem przez resztę drogi zmagać się z innymi mutantami... Gdyby potrafiły myśleć, to niejeden by się dziwił, co to za stwór? Wygląda jak obiad, ale na kilometr śmierdzi pijawką... Uśmiecham się krzywo do swoich rozmyślań - ot, pomysły trzeźwego człowieka.
Idąc dalej przed siebie, zauważam istotną zmianę w otoczeniu i roślinności. Drzewa i krzaki, które tu rosną, wyróżniają się barwą i wyglądem - prawie nie mają liści, a te, które jeszcze pozostały, mają kolor zgnitego brązu czy ciemnej czerwieni. Do tego wszystkie odrosty, gałęzie i konary są dziwnie powykręcane, co przywodzi na myśl zastygłe w bezruchu ofiary cierpień. Biorąc pod uwagę niewielkie, ale stałe oddziaływanie psioniczne z podziemnego kompleksu niedaleko stąd, może mieć to sens. W końcu drzewa też żyją. Zwłaszcza te z okolic Czarnobyla, jeśli wierzyć legendom.
Z oddali do moich uszu zaczyna docierać monotonny odgłos pracującego generatora. Skoro robi tyle hałasu, oznacza to, że jajogłowi znów muszą korzystać z zapasowego. Pewnie w zarządzie uparli się, żeby do ich modułowego laboratorium jako główne źródło zasilania dać jakiś eksperymentalny "cud" z zachodu... Koniec końców i tak większość czasu spędzają ciągnąć energię ze starego paliwowego radzieckiego złomu.
W zasięgu wzroku mam już cały obóz. Ot, szara bryła stalowego bunkra naukowego z lądowiskiem dla helikopterów zamiast dachu. Całkowicie zbędny dodatek, biorąc pod uwagę niebezpieczeństwa strefy powietrznej nad Zoną. Do tego wokoło wyznaczony perymetr ze stalowej siatki - oczywiście w wielu miejscach już dziurawej i poszarpanej. Ostatnimi czasy w okolicy tego bagna podobno nie kręciło się zbyt wiele mutantów, więc wszelakie uszkodzenia najwidoczniej są jeszcze sprzed paru miesięcy, a być może i więcej. Jajogłowym albo nie chciało się nawet wysyłać wniosku z zapotrzebowaniem do zarządu, albo góra po prostu olała tą sprawę, uznając ją za zbędny kaprys.
Przykucam obok pobliskiego krzaczka i ściągam z ramienia M21. Podnoszę zaślepki z lunety i przez chwilę lustruję okolicę. Bezpiecznie czy nie, lepiej sprawdzić teren. Potem może nie być drugiej szansy. Po kilku chwilach dochodzę do wniosku, że okolica rzeczywiście jest spokojna i bezpieczna. Nieco zbyt spokojna, uderza mnie dzika myśl. To jak dziecko - najgorszy urwipołeć i hultaj w okolicy nagle siedzi grzecznie, gdy rodzice wracają do domu. Na pewno coś przeskrobał, drań jeden, spójrz no tylko w te kaprawe oczka... Takie samo wrażenie mam teraz. Wstaję więc i trzymając karabin w rękach schodzę powoli po wiecznie błotnistym terenie, niegdyś dumnie zwanym jeziorem Jantar. Ciężkie buciory mlaszczą na błotnistym podłożu. Co parę kroków muszę uważać,żeby nie zostawić za sobą obuwia w występujących gdzieniegdzie plamach zdradliwego bagna. Im bardziej zbliżam się do stalowego bunkra, tym bardziej czuję wzrastające napięcie. Coś jest nie tak... Jak na komendę terkot generatora zamienia się w kakofonię kaszlu dławiącego się silnika, który po chwili staje. Wokoło zapada złowroga cisza - jakby wszystkie żywe istoty w okolicy czekały na ten moment, a teraz nasłuchiwały, czy ktoś jeszcze tu jest. Parę ostrożnych minut później staję przed pancernymi drzwiami. Naciskam brzęczyk komunikatora i odsuwam się odrobinę, żeby było mnie wyraźnie widać na kamerze. Po kilku dłuższych chwilach oczekiwania wduszam go ponownie. W mojej głowie zapala się czerwona lampka oznaczona etykietką "niebezpieczeństwo?" zanim jeszcze zauważam, że drzwi od bunkra nie są zatrzaśnięte, tylko dosunięte do zamka magnetycznego. Szybko rozglądam się po terenie wokoło, zakładam M21 na ramię i chwytam za G18. Powoli i jak najciszej otwieram stalowe drzwi i wchodzę do środka. Komora odkażająca nie działa, drugie drzwi stoją otworem. Widocznie dlatego też terkot generatora niósł się tak daleko - brak uszczelnienia i dźwięki uciekają na zewnątrz jak szczury z tonącego statku.
Staję w korytarzu laboratorium. Pomimo tego, że czuję nadal znajdujące się na moim ubraniu resztki mutanta, do mojego nosa uporczywie próbuje się dostać inny smród. Zapach kurzu wymieszany ze słodko-kwaśnym lepkim aromatem ludzkich zwłok, leżących w warunkach laboratorium polowego od parunastu dni... W pewnym stopniu rozluźniam się. Żadne ślady nie wskazywały, żeby do laboratorium wdarły się mutanty - a nawet gdyby, to nie zostawiłyby na tyle tkanki, żeby zwłoki zaczęły śmierdzieć rozkładem. Gdyby z kolei nadal znajdowała się tu osoba - czy osoby - odpowiedzialna za to, nie wytrzymałaby tyle czasu w pobliżu cuchnącego denata. A nawet jeśli, to wcześniej umarłaby od zatrucia trupim jadem.
Bardziej pewny swojego bezpieczeństwa, wychodzę zza rogu i zauważam źródło całego "aromatu". Zwłoki kogoś, kto chyba wcześniej należał do grupy naukowej - ma na sobie coś, co do niedawna zapewne było białym kitlem. Teraz niestety przybrał już barwę palonej żółci wymieszanej gdzieniegdzie z ziemistym brązem i delikatną czerwienią, przylegając tyle czasu do rozkładającego się powoli ciała. Zamykam na chwilę oczy i wciągam nosem powietrze jeszcze raz. Nawilgocenie jest niewielkie, więc nic dziwnego, że trup zmumifikował. To daje gdzieś ze dwa, może trzy tygodnie od zgonu, gdybym miał na szybko ocenić. Otwieram ponownie oczy, podchodzę do ciała i przykucam przy nim. Na kieszonce ubrania ma coś, co jeszcze do niedawna było identyfikatorem. Niestety, jest zachlapany częściowo zakrzepniętą już krwią, przez co nie da się odczytać pełnego imienia i nazwiska denata - jestem w stanie rozszyfrować tylko "Leo... Kwia...". Odczepiam plakietkę i chowam do kieszeni spodni. Sidorowicz płaci dobry pieniądz za takie przedmioty. Ponoć na Wielkiej Ziemi są zwyrodnialcy zbierający wszystko, co tylko ma związek z Zoną... Zwłaszcza z przedmiotami, które należały do zmarłych.
Nadal kucając przy zwłokach rozglądam się wokoło. Niedaleko od ciała, przy wejściu do jednego z pomieszczeń badawczych, leży zwyczajna dubeltówka. Podnoszę ją i przełamuję, żeby przekonać się, że wystrzelono z niej oba naboje. Odkładam ją na bok i spoglądam w stronę, w którą zapewne nieboszczyk patrzył przed śmiercią. Zauważam brunatny rozbryzg na ziemi i na niedalekiej ścianie - czyli wygląda na to, że strzelałeś do kogoś, zanim cię położyli, kolego. Nie tracę czasu na oględziny ciała, żeby sprawdzić, czy zginął od kul czy może pazurów - przy aktualnym stanie rozkładu ma to tyle sensu, co szukanie artefaktów z użyciem telefony komórkowego. Wystarczy chwilę pomyśleć... Istotnie - niedaleko plam krwi zauważam kilka łusek z karabinu i pistoletu. Czyli przynajmniej dwie spluwy. Wojskowi? Odpada. Najemnicy? Cóż, nigdy nie traciliśmy... Poprawiam się w myślach - nigdy nie tracili czasu na jajogłowych. Zbyt dużo zamieszania. Stalkerzy? Bardziej prawdopodobne, aczkolwiek niewielu jest na tyle głupich, żeby pozbawiać się forpoczty na głębokim terytorium. Może któraś z grupek idiotów w czarnych płaszczach...
Zostawiam na razie rozmyślania i przeszukuję kolejno pomieszczenia, nadal trzymając w gotowości Glocka - bardziej dla zasady, niż z konieczności. W jednym znajduję szafki obsługi placówki. Większość z nich jest otwarta, a rzeczy znajdujące się w środku wyrzucone na ziemię - wygląda na to, że ktoś najwidoczniej napadł na placówkę w celach rabunkowych - to wyklucza w takim razie kolejną grupę, czyli fanatyków Monolitu. Inna rzecz, że nieczęsto pojawiają się w tej okolicy - ktoś wysnuł kiedyś teorię, że tutejsze oddziaływanie psi nie współgra za bardzo z praniem mózgu jakie im zrobiono i kończy się albo zgonem, albo amnezją, czy jeszcze innymi przypadłościami... Naturalnie to tylko pseudonaukowe dywagacje, więc nie ma co się na nich opierać. Jedno jest pewne - nie zaatakowaliby placówki dla fantów. Prędzej wywiesiliby zwłoki na palach przed wejściem i spalili wszystkie papiery, jakie znaleźliby w środku.
Postanawiam sprawdzić co jeszcze mogło pozostać po przejściu huraganu znanego jako "Rabunek". Jedna z szafek jest nadal zamknięta - ślady na drzwiczkach wskazują jednak, że ktoś zaciekle okładał ją czymś tępym, zapewne kolbą karabinu. Rozglądam się wokoło - na podłodze leży cała masa ubrań, zapasowych butów laboratoryjnych oraz kosmetyczka. Z ciekawości rzucam okiem do środka.
Szminka.
Czuję nieprzyjemne ukłucie w żołądku, kiedy wszystko staje się jasne. Jedyne miejsce, gdzie można jeszcze spotkać kobiety w Zonie - polowe laboratoria naukowców. Zaciskam lewą pięść z wściekłością. Czy po prostu moje życie musi się tak układać, żeby przypominać mi o moich dawnych porażkach? Czy może po prostu to Zona, docierająca do naszych wspomnień, pragnień i smutków, wykorzystuje przeciwko nam to, czego się boimy i co chcemy zepchnąć w jak najgłębsze zakamarki naszego umysłu? Zamykam oczy i przez moment próbuję się uspokoić, koncentrując się na swoim oddechu. Już i tak nic nie zmienię w tym miejscu - naukowiec z korytarza próbował zatrzymać porywaczy, ale nie był w stanie. Dziewczynę najpewniej spotkał ten sam los... Z ręki oprawców, albo - jeśli miała dość charakteru - z jej własnych.
Sięgam po kosmetyczkę i po chwili poszukiwań znajduję w niej wsuwkę do włosów. Wstaję, podchodzę do zamkniętej szafki i po kilku chwilach starań otwieram zamek. Oczywiście, mógłbym go przestrzelić w kowbojskim stylu - ale po co robić hałas, marnować amunicję i narażać zawartość mebla na uszkodzenie? Uchylam drzwiczki i spoglądam co znajduje się w środku - zeszyt wyglądający na pamiętnik, pluszowy miś, pudełko po czekoladkach i parę innych drobnych przedmiotów, mających dla kogoś ogromną wartość sentymentalną. Biorę do ręki futrzastą zabawkę i przyglądam się jego smutnej mince - przypominam sobie dawne, dobre lata... Pamiętam, jak kupiłem kiedyś podobnego pluszaka dla...
Odkładam go na miejsce i zamykam drzwiczki. Nie pora na wspominki. Nie teraz. Nie... W ogóle, nigdy! Zaciskam usta i wychodzę z pomieszczenia, kontynuując badanie bunkra. Na końcu korytarza, za pomieszczeniami badawczymi, łazienką i sypialnią znajduje się zbrojownia. Niestety, drzwi są otwarte i praktycznie cała broń oraz amunicja zabrana. Wprawdzie placówki nigdy nie miały tego wiele, jednak wystarczyło do wyposażenia kilku ludzi na porządną strzelaninę. Niestety, teraz na ziemi leży jedynie parę upuszczonych naboi pistoletowych, najpewniej kalibru 9x18. Kopię jeden z nich butem, posyłając go pod stół rusznikarski. Niczego więcej tu nie zrobię. Wychodzę z powrotem na korytarz i wracam do pomieszczenia, w którym znajduje się łazienka. Zdejmuję płaszcz, kamizelkę taktyczną oraz gruby wojskowy sweter. Po chwili namysłu ściągam też buty, pozbywam się spodni oraz bielizny i wchodzę pod prysznic - woda jest zimna, ale na szczęście nadal w rurach jest ciśnienie. Pierwszy raz od wielu dni mam możliwość umyć się pod prysznicem... Bez większych zahamowań korzystam z szarego mydła któregoś z naukowców. Pozwalam, żeby zimna woda orzeźwiła nieco zmęczone mięśnie i ostudziła ciało oraz umysł. Na parę chwil zatapiam się w nicości...
Idąc dalej przed siebie, zauważam istotną zmianę w otoczeniu i roślinności. Drzewa i krzaki, które tu rosną, wyróżniają się barwą i wyglądem - prawie nie mają liści, a te, które jeszcze pozostały, mają kolor zgnitego brązu czy ciemnej czerwieni. Do tego wszystkie odrosty, gałęzie i konary są dziwnie powykręcane, co przywodzi na myśl zastygłe w bezruchu ofiary cierpień. Biorąc pod uwagę niewielkie, ale stałe oddziaływanie psioniczne z podziemnego kompleksu niedaleko stąd, może mieć to sens. W końcu drzewa też żyją. Zwłaszcza te z okolic Czarnobyla, jeśli wierzyć legendom.
Z oddali do moich uszu zaczyna docierać monotonny odgłos pracującego generatora. Skoro robi tyle hałasu, oznacza to, że jajogłowi znów muszą korzystać z zapasowego. Pewnie w zarządzie uparli się, żeby do ich modułowego laboratorium jako główne źródło zasilania dać jakiś eksperymentalny "cud" z zachodu... Koniec końców i tak większość czasu spędzają ciągnąć energię ze starego paliwowego radzieckiego złomu.
W zasięgu wzroku mam już cały obóz. Ot, szara bryła stalowego bunkra naukowego z lądowiskiem dla helikopterów zamiast dachu. Całkowicie zbędny dodatek, biorąc pod uwagę niebezpieczeństwa strefy powietrznej nad Zoną. Do tego wokoło wyznaczony perymetr ze stalowej siatki - oczywiście w wielu miejscach już dziurawej i poszarpanej. Ostatnimi czasy w okolicy tego bagna podobno nie kręciło się zbyt wiele mutantów, więc wszelakie uszkodzenia najwidoczniej są jeszcze sprzed paru miesięcy, a być może i więcej. Jajogłowym albo nie chciało się nawet wysyłać wniosku z zapotrzebowaniem do zarządu, albo góra po prostu olała tą sprawę, uznając ją za zbędny kaprys.
Przykucam obok pobliskiego krzaczka i ściągam z ramienia M21. Podnoszę zaślepki z lunety i przez chwilę lustruję okolicę. Bezpiecznie czy nie, lepiej sprawdzić teren. Potem może nie być drugiej szansy. Po kilku chwilach dochodzę do wniosku, że okolica rzeczywiście jest spokojna i bezpieczna. Nieco zbyt spokojna, uderza mnie dzika myśl. To jak dziecko - najgorszy urwipołeć i hultaj w okolicy nagle siedzi grzecznie, gdy rodzice wracają do domu. Na pewno coś przeskrobał, drań jeden, spójrz no tylko w te kaprawe oczka... Takie samo wrażenie mam teraz. Wstaję więc i trzymając karabin w rękach schodzę powoli po wiecznie błotnistym terenie, niegdyś dumnie zwanym jeziorem Jantar. Ciężkie buciory mlaszczą na błotnistym podłożu. Co parę kroków muszę uważać,żeby nie zostawić za sobą obuwia w występujących gdzieniegdzie plamach zdradliwego bagna. Im bardziej zbliżam się do stalowego bunkra, tym bardziej czuję wzrastające napięcie. Coś jest nie tak... Jak na komendę terkot generatora zamienia się w kakofonię kaszlu dławiącego się silnika, który po chwili staje. Wokoło zapada złowroga cisza - jakby wszystkie żywe istoty w okolicy czekały na ten moment, a teraz nasłuchiwały, czy ktoś jeszcze tu jest. Parę ostrożnych minut później staję przed pancernymi drzwiami. Naciskam brzęczyk komunikatora i odsuwam się odrobinę, żeby było mnie wyraźnie widać na kamerze. Po kilku dłuższych chwilach oczekiwania wduszam go ponownie. W mojej głowie zapala się czerwona lampka oznaczona etykietką "niebezpieczeństwo?" zanim jeszcze zauważam, że drzwi od bunkra nie są zatrzaśnięte, tylko dosunięte do zamka magnetycznego. Szybko rozglądam się po terenie wokoło, zakładam M21 na ramię i chwytam za G18. Powoli i jak najciszej otwieram stalowe drzwi i wchodzę do środka. Komora odkażająca nie działa, drugie drzwi stoją otworem. Widocznie dlatego też terkot generatora niósł się tak daleko - brak uszczelnienia i dźwięki uciekają na zewnątrz jak szczury z tonącego statku.
Staję w korytarzu laboratorium. Pomimo tego, że czuję nadal znajdujące się na moim ubraniu resztki mutanta, do mojego nosa uporczywie próbuje się dostać inny smród. Zapach kurzu wymieszany ze słodko-kwaśnym lepkim aromatem ludzkich zwłok, leżących w warunkach laboratorium polowego od parunastu dni... W pewnym stopniu rozluźniam się. Żadne ślady nie wskazywały, żeby do laboratorium wdarły się mutanty - a nawet gdyby, to nie zostawiłyby na tyle tkanki, żeby zwłoki zaczęły śmierdzieć rozkładem. Gdyby z kolei nadal znajdowała się tu osoba - czy osoby - odpowiedzialna za to, nie wytrzymałaby tyle czasu w pobliżu cuchnącego denata. A nawet jeśli, to wcześniej umarłaby od zatrucia trupim jadem.
Bardziej pewny swojego bezpieczeństwa, wychodzę zza rogu i zauważam źródło całego "aromatu". Zwłoki kogoś, kto chyba wcześniej należał do grupy naukowej - ma na sobie coś, co do niedawna zapewne było białym kitlem. Teraz niestety przybrał już barwę palonej żółci wymieszanej gdzieniegdzie z ziemistym brązem i delikatną czerwienią, przylegając tyle czasu do rozkładającego się powoli ciała. Zamykam na chwilę oczy i wciągam nosem powietrze jeszcze raz. Nawilgocenie jest niewielkie, więc nic dziwnego, że trup zmumifikował. To daje gdzieś ze dwa, może trzy tygodnie od zgonu, gdybym miał na szybko ocenić. Otwieram ponownie oczy, podchodzę do ciała i przykucam przy nim. Na kieszonce ubrania ma coś, co jeszcze do niedawna było identyfikatorem. Niestety, jest zachlapany częściowo zakrzepniętą już krwią, przez co nie da się odczytać pełnego imienia i nazwiska denata - jestem w stanie rozszyfrować tylko "Leo... Kwia...". Odczepiam plakietkę i chowam do kieszeni spodni. Sidorowicz płaci dobry pieniądz za takie przedmioty. Ponoć na Wielkiej Ziemi są zwyrodnialcy zbierający wszystko, co tylko ma związek z Zoną... Zwłaszcza z przedmiotami, które należały do zmarłych.
Nadal kucając przy zwłokach rozglądam się wokoło. Niedaleko od ciała, przy wejściu do jednego z pomieszczeń badawczych, leży zwyczajna dubeltówka. Podnoszę ją i przełamuję, żeby przekonać się, że wystrzelono z niej oba naboje. Odkładam ją na bok i spoglądam w stronę, w którą zapewne nieboszczyk patrzył przed śmiercią. Zauważam brunatny rozbryzg na ziemi i na niedalekiej ścianie - czyli wygląda na to, że strzelałeś do kogoś, zanim cię położyli, kolego. Nie tracę czasu na oględziny ciała, żeby sprawdzić, czy zginął od kul czy może pazurów - przy aktualnym stanie rozkładu ma to tyle sensu, co szukanie artefaktów z użyciem telefony komórkowego. Wystarczy chwilę pomyśleć... Istotnie - niedaleko plam krwi zauważam kilka łusek z karabinu i pistoletu. Czyli przynajmniej dwie spluwy. Wojskowi? Odpada. Najemnicy? Cóż, nigdy nie traciliśmy... Poprawiam się w myślach - nigdy nie tracili czasu na jajogłowych. Zbyt dużo zamieszania. Stalkerzy? Bardziej prawdopodobne, aczkolwiek niewielu jest na tyle głupich, żeby pozbawiać się forpoczty na głębokim terytorium. Może któraś z grupek idiotów w czarnych płaszczach...
Zostawiam na razie rozmyślania i przeszukuję kolejno pomieszczenia, nadal trzymając w gotowości Glocka - bardziej dla zasady, niż z konieczności. W jednym znajduję szafki obsługi placówki. Większość z nich jest otwarta, a rzeczy znajdujące się w środku wyrzucone na ziemię - wygląda na to, że ktoś najwidoczniej napadł na placówkę w celach rabunkowych - to wyklucza w takim razie kolejną grupę, czyli fanatyków Monolitu. Inna rzecz, że nieczęsto pojawiają się w tej okolicy - ktoś wysnuł kiedyś teorię, że tutejsze oddziaływanie psi nie współgra za bardzo z praniem mózgu jakie im zrobiono i kończy się albo zgonem, albo amnezją, czy jeszcze innymi przypadłościami... Naturalnie to tylko pseudonaukowe dywagacje, więc nie ma co się na nich opierać. Jedno jest pewne - nie zaatakowaliby placówki dla fantów. Prędzej wywiesiliby zwłoki na palach przed wejściem i spalili wszystkie papiery, jakie znaleźliby w środku.
Postanawiam sprawdzić co jeszcze mogło pozostać po przejściu huraganu znanego jako "Rabunek". Jedna z szafek jest nadal zamknięta - ślady na drzwiczkach wskazują jednak, że ktoś zaciekle okładał ją czymś tępym, zapewne kolbą karabinu. Rozglądam się wokoło - na podłodze leży cała masa ubrań, zapasowych butów laboratoryjnych oraz kosmetyczka. Z ciekawości rzucam okiem do środka.
Szminka.
Czuję nieprzyjemne ukłucie w żołądku, kiedy wszystko staje się jasne. Jedyne miejsce, gdzie można jeszcze spotkać kobiety w Zonie - polowe laboratoria naukowców. Zaciskam lewą pięść z wściekłością. Czy po prostu moje życie musi się tak układać, żeby przypominać mi o moich dawnych porażkach? Czy może po prostu to Zona, docierająca do naszych wspomnień, pragnień i smutków, wykorzystuje przeciwko nam to, czego się boimy i co chcemy zepchnąć w jak najgłębsze zakamarki naszego umysłu? Zamykam oczy i przez moment próbuję się uspokoić, koncentrując się na swoim oddechu. Już i tak nic nie zmienię w tym miejscu - naukowiec z korytarza próbował zatrzymać porywaczy, ale nie był w stanie. Dziewczynę najpewniej spotkał ten sam los... Z ręki oprawców, albo - jeśli miała dość charakteru - z jej własnych.
Sięgam po kosmetyczkę i po chwili poszukiwań znajduję w niej wsuwkę do włosów. Wstaję, podchodzę do zamkniętej szafki i po kilku chwilach starań otwieram zamek. Oczywiście, mógłbym go przestrzelić w kowbojskim stylu - ale po co robić hałas, marnować amunicję i narażać zawartość mebla na uszkodzenie? Uchylam drzwiczki i spoglądam co znajduje się w środku - zeszyt wyglądający na pamiętnik, pluszowy miś, pudełko po czekoladkach i parę innych drobnych przedmiotów, mających dla kogoś ogromną wartość sentymentalną. Biorę do ręki futrzastą zabawkę i przyglądam się jego smutnej mince - przypominam sobie dawne, dobre lata... Pamiętam, jak kupiłem kiedyś podobnego pluszaka dla...
Odkładam go na miejsce i zamykam drzwiczki. Nie pora na wspominki. Nie teraz. Nie... W ogóle, nigdy! Zaciskam usta i wychodzę z pomieszczenia, kontynuując badanie bunkra. Na końcu korytarza, za pomieszczeniami badawczymi, łazienką i sypialnią znajduje się zbrojownia. Niestety, drzwi są otwarte i praktycznie cała broń oraz amunicja zabrana. Wprawdzie placówki nigdy nie miały tego wiele, jednak wystarczyło do wyposażenia kilku ludzi na porządną strzelaninę. Niestety, teraz na ziemi leży jedynie parę upuszczonych naboi pistoletowych, najpewniej kalibru 9x18. Kopię jeden z nich butem, posyłając go pod stół rusznikarski. Niczego więcej tu nie zrobię. Wychodzę z powrotem na korytarz i wracam do pomieszczenia, w którym znajduje się łazienka. Zdejmuję płaszcz, kamizelkę taktyczną oraz gruby wojskowy sweter. Po chwili namysłu ściągam też buty, pozbywam się spodni oraz bielizny i wchodzę pod prysznic - woda jest zimna, ale na szczęście nadal w rurach jest ciśnienie. Pierwszy raz od wielu dni mam możliwość umyć się pod prysznicem... Bez większych zahamowań korzystam z szarego mydła któregoś z naukowców. Pozwalam, żeby zimna woda orzeźwiła nieco zmęczone mięśnie i ostudziła ciało oraz umysł. Na parę chwil zatapiam się w nicości...
Zostawiam za sobą smutną i martwą skorupę pustego już laboratorium naukowego. Zabrałem ze sobą wszystko, co mogłoby okazać się przydatne w dalszej drodze. Rozważałem początkowo spalenie tego miejsca, aby pogrzebać wszystkie wspomnienia i wydarzenia, jakie się z nim wiązały, jednak to mogłoby tylko zwrócić niepotrzebną uwagę okolicznych drapieżników czy maruderów. Wydrapałem więc tylko na drzwiach nożem znak używany przez niektórych łowców i najemników - "Przeklęte miejsce".
Poprawiam plecak oraz płaszcz i z satysfakcją wciągam powietrze nosem. Chwilę po tym, jak sam wyszedłem spod prysznica, wyprałem także moje ubrania, czyszcząc je z resztek rozbryzganej pijawki. Chciałbym powiedzieć, że pachnę świeżością, jednak byłoby to sporym niedopowiedzeniem. Użycie detergentu innego jak zwykłe, szare mydło bardzo szybko sprowadziłoby kłopoty na każdego stalkera. Wystarczyłby tylko jeden drapieżnik z pustym brzuchem i - co się z tym wiąże - wyczulonym węchem. Kilku "turystów" szybko pojęło głupotę używania zapachowego mydła czy środków piorących. Owszem, każdy z ludzi ma swój własny zapach - jednak po jakimś czasie przebywania tutaj większość tak przechodzi zapachem Zony, że stają się w pewny sposób jej częścią. Cecha każdego weterana. I każdego, kogo ucałowała...
Po odejściu na pewną odległość od bunkra, zatrzymuję się na chwilę i obracam do tyłu, żeby ostatni raz spojrzeć na budynek, jaki za sobą zostawiam. Nie wiem czemu, ale odnoszę coraz silniejsze wrażenie, że ktoś za mną idzie. Za jakiś czas zacznę zastawiać pułapki. Niestety, nie mam przy sobie ładunków wybuchowych - a jeśli jakieś znajdowały się w laboratorium, zostały skradzione podczas napadu. Nic to - wzruszam ramionami i wznawiam wędrówkę. W oddali widzę już co większe budynki fabryki znajdującej się w okolicy Jantaru. Szczęśliwie nie muszę iść przez nią - wystarczy że obejdę ją wokoło. Na wschód od niej powinna znajdować się bezpieczna ścieżka do Czerwonego Lasu, skąd przejście na przedmieścia Limańska powinno być prostą sprawą. Biorąc także pod uwagę inne okoliczności, muszę założyć istnienie trasy awaryjnej - prowadzącej przez podziemia Jantaru i tym samym jedno z laboratoriów klasy X. Podobno zbadane - na moim PDA powinienem jeszcze mieć wgraną mapę.
Uśmiecham się do siebie. Ciekawą rzeczą jest, czym zajmują się niektórzy stalkerzy. Większość z nas łowi artefakty i poluje na mutanty na własną rękę, część robi to dla jajogłowych. Niektórzy przelewają swoją krew w bezsensownych potyczkach "Wolność kontra Powinność", a jeszcze inni okradają słabszych czy dobijają rannych. Jednak jest grupka, która obrała sobie zgoła inny cel - mapowanie. Początkowo, wiele lat temu, stalkerzy starali się zachowywać suwerenność i działać pojedynczo, jednak zawsze dzielili się swoją wiedzą na temat Zony - w tym także mapami nowo odkrytych miejsc. Z upływem czasu ten proceder zaczął wymierać, z racji, że ludzie powoli przestawali sobie ufać. Jednak do dziś została grupka kilku łowców, których głównym zajęciem jest nadal mapowanie rejonów Zony, oznaczanie miejsc występowania anomalii czy legowisk mutantów. Wiele z tych rzeczy zmienia się z tygodnia na tydzień, a nawet i z dnia na dzień, więc zawsze mają pełne ręce roboty - tym bardziej, że zdjęcia satelitarne tego obszaru pokazują mniej więcej to, co telewizja za czasów Chruszczowa. Piękną kaszę. Każdy z nich potem oferuje za niewielkie pieniądze świeże mapy rejonów. Owszem, zdarzali się oszuści - jednak z tymi szybko poradziła sobie stalkerska brać. Czasem miały miejsce napady na mapników - jednak nimi także zajmowały się różne grupy czy nawet pojedyncze osoby. Ostatecznie, mapnicy są wymierającym gatunkiem - jednak wciąż cieszącym się niepodważalnym szacunkiem wśród każdej z grup, nawet bandytów czy najemników.
Klepię się z uśmiechem po kieszeni w której trzymam PDA. Tą mapę nabyłem już jakiś czas temu, ale powinna jeszcze być w porządku. Okolice Jantaru zawsze były znane ze stabilności - zmiany następujące częściej niż raz w miesiącu byłyby uznane za... Nomen omen, anomalię. Widać nawet w takim miejscu jak to jest możliwa odrobina stabilizacji.
Kiedy spokojnym krokiem zbliżam się do okalającego fabrykę muru, zaciskam mocniej ręce na M21. Coś jest nie tak, w powietrzu niemalże namacalnie da się wyczuć jakieś podejrzane napięcie. Swego czasu roiło się tu od zombie, ale od momentu uśpienia emitera praktycznie przestały istnieć... Mutanty nadal unikają tego miejsca - pomimo obniżonego oddziaływania fal psi, według naukowców czują się tu niekomfortowo. To może oznaczać tylko jedno...
Emisja!
Gorączkowo rozglądam się wokoło, szukając dowodów na potwierdzenie mojego założenia - istotnie, znad pobliskich budynków powoli zaczyna wyłaniać się krwistoczerwona łuna. Gałęzie bezlistnych drzew zaczynają wyginać i wykręcać się w jeszcze bardziej groteskowy sposób, a ziemia sprawia wrażenie, jakby za chwilę miała się rozpaść na miliony kawałków. W ciągu paru sekund mój puls zaczyna wariować, a krew buzuje w żyłach. Zrywam się do biegu.
Z takim czasem w zapasie - a raczej jego brakiem - jestem w stanie zrobić tylko jedno. Przebiegam przez bramę fabryki, licząc tylko, że nie natknę się na żadnego oszalałego od fal psi mutanta, ani zapomnianego przez wszystkich zombiaka. Zahaczam nogawką o wystający, przerdzewiały stalowy pręt, jednak nie zatrzymuję się i nie bacząc na rozerwany materiał, biegnę dalej. Przed oczami znów zaczynają tańczyć mi mroczki, a bagaż ciąży coraz bardziej.
Lewo!
Przebiegam obok stojącego od lat, martwego wraku ciężarówki i biegnę dalej, czując jak coraz bardziej słabnę - proporcjonalnie do czasu uderzenia emisji.
Prawo!
Wypadam jak szalony zza rogu i niemalże z ulgą witam półotwarte drzwi do budynku administracyjnego. Przebiegam pełnym pędem, chwytając za klamkę, po czym wtaczam się osłabiony na klatkę schodową. Upadam na ziemię i powoli zaczynam staczać się po schodach w dół, jak najdalej od morderczych fal emisji. Na półpiętrze mam już dość sił, żeby znów stanąć na nogi. Z nosa leci mi krew - skutek osłabienia w związku ze zbliżającym się zwarciem. Powoli schodzę jeszcze niżej, w pogotowiu trzymając karabin. Za paręnaście sekund powinno uderzyć, więc lepiej zejść na sam dół. Piwnica straszy egipskimi ciemnościami, więc sięgam po schowaną w jednej z kieszonek kamizelki latarkę - niestety, żarówkę szlag trafił. Widocznie kiedy upadłem, musiałem uszkodzić drucik... Siadam na schodach na krawędzi mroku i wsłuchuję się w odgłosy na zewnątrz - emisja rozszalała się w najlepsze. Przeciągłe buczenie oraz szum doprowadzało do szaleństwa każdego, kto był nowy w Zonie. Niejeden nie był w stanie tego wytrzymać - wielu skończyło odbierając sobie życie. Inni z kolei zaczęli doszukiwać się w tym czegoś boskiego - iluż to postradało życie wychodząc ze schronienia z rękami oraz głową uniesioną ku niebu... Tylko po to, żeby kolejne uderzenie fal rozerwało ich na drobny pył.
Mając baczenie na dźwięki na zewnątrz, wpatruję się w ciemność roztaczającą się przede mną. Nie słyszę żadnych podejrzanych odgłosów, jednak ciężko mi stwierdzić w stu procentach, przez piekło toczące się na powierzchni. Mogę tylko zdać się na moje szczęście oraz szósty zmysł, że nic w tej chwili nie wyskoczy na mnie z ciemności. Z drugiej jednak strony każdy ze zmutowanych drapieżników wydaje swoje warknięcia czy okrzyki, kiedy widzi ofiarę. Nawet pijawki, łowcy idealni, nie potrafią poruszać się całkowicie bezszelestnie - nie mówiąc już o tym, że każdy kolejny obiad witają głośnym rykiem, niby lwy na afrykańskich sawannach. Możliwe, że ma to działać w ten sam sposób. Deprymować ofiarę, przerazić ją, aby nie była zdolna się bronić. A ci biedacy ze starymi maskami przeciwgazowymi na twarzach, których niektórzy nazywają snorkami czy słonikami? Ich oddech potrafiłby wywołać lawinę... Chrapliwy, głośny, agresywny - nie ma mowy, żeby były w stanie zakraść się do kogoś zachowującego chociaż odrobinę ostrożności.
Siedzę jeszcze kilka minut rozważając słabości poszczególnych mutantów i wsłuchując się w cichnące odgłosy na zewnątrz. Kiedy czuję, że wszystko mniej więcej się uspokoiło, stwierdzam, że pora wyjść. Wstaję z schodów, otrzepuję spodnie z kurzu i kieruję swoje kroki ku wyższemu piętru. Pora ruszać dalej i odnaleźć bezpieczne przejście w okolice Limańska. Chwytam za klamkę drzwi wyjściowych, wychodzę na zewnątrz i...
...zanim zdaję sobie sprawę w czym rzecz, jest już za późno.
Poprawiam plecak oraz płaszcz i z satysfakcją wciągam powietrze nosem. Chwilę po tym, jak sam wyszedłem spod prysznica, wyprałem także moje ubrania, czyszcząc je z resztek rozbryzganej pijawki. Chciałbym powiedzieć, że pachnę świeżością, jednak byłoby to sporym niedopowiedzeniem. Użycie detergentu innego jak zwykłe, szare mydło bardzo szybko sprowadziłoby kłopoty na każdego stalkera. Wystarczyłby tylko jeden drapieżnik z pustym brzuchem i - co się z tym wiąże - wyczulonym węchem. Kilku "turystów" szybko pojęło głupotę używania zapachowego mydła czy środków piorących. Owszem, każdy z ludzi ma swój własny zapach - jednak po jakimś czasie przebywania tutaj większość tak przechodzi zapachem Zony, że stają się w pewny sposób jej częścią. Cecha każdego weterana. I każdego, kogo ucałowała...
Po odejściu na pewną odległość od bunkra, zatrzymuję się na chwilę i obracam do tyłu, żeby ostatni raz spojrzeć na budynek, jaki za sobą zostawiam. Nie wiem czemu, ale odnoszę coraz silniejsze wrażenie, że ktoś za mną idzie. Za jakiś czas zacznę zastawiać pułapki. Niestety, nie mam przy sobie ładunków wybuchowych - a jeśli jakieś znajdowały się w laboratorium, zostały skradzione podczas napadu. Nic to - wzruszam ramionami i wznawiam wędrówkę. W oddali widzę już co większe budynki fabryki znajdującej się w okolicy Jantaru. Szczęśliwie nie muszę iść przez nią - wystarczy że obejdę ją wokoło. Na wschód od niej powinna znajdować się bezpieczna ścieżka do Czerwonego Lasu, skąd przejście na przedmieścia Limańska powinno być prostą sprawą. Biorąc także pod uwagę inne okoliczności, muszę założyć istnienie trasy awaryjnej - prowadzącej przez podziemia Jantaru i tym samym jedno z laboratoriów klasy X. Podobno zbadane - na moim PDA powinienem jeszcze mieć wgraną mapę.
Uśmiecham się do siebie. Ciekawą rzeczą jest, czym zajmują się niektórzy stalkerzy. Większość z nas łowi artefakty i poluje na mutanty na własną rękę, część robi to dla jajogłowych. Niektórzy przelewają swoją krew w bezsensownych potyczkach "Wolność kontra Powinność", a jeszcze inni okradają słabszych czy dobijają rannych. Jednak jest grupka, która obrała sobie zgoła inny cel - mapowanie. Początkowo, wiele lat temu, stalkerzy starali się zachowywać suwerenność i działać pojedynczo, jednak zawsze dzielili się swoją wiedzą na temat Zony - w tym także mapami nowo odkrytych miejsc. Z upływem czasu ten proceder zaczął wymierać, z racji, że ludzie powoli przestawali sobie ufać. Jednak do dziś została grupka kilku łowców, których głównym zajęciem jest nadal mapowanie rejonów Zony, oznaczanie miejsc występowania anomalii czy legowisk mutantów. Wiele z tych rzeczy zmienia się z tygodnia na tydzień, a nawet i z dnia na dzień, więc zawsze mają pełne ręce roboty - tym bardziej, że zdjęcia satelitarne tego obszaru pokazują mniej więcej to, co telewizja za czasów Chruszczowa. Piękną kaszę. Każdy z nich potem oferuje za niewielkie pieniądze świeże mapy rejonów. Owszem, zdarzali się oszuści - jednak z tymi szybko poradziła sobie stalkerska brać. Czasem miały miejsce napady na mapników - jednak nimi także zajmowały się różne grupy czy nawet pojedyncze osoby. Ostatecznie, mapnicy są wymierającym gatunkiem - jednak wciąż cieszącym się niepodważalnym szacunkiem wśród każdej z grup, nawet bandytów czy najemników.
Klepię się z uśmiechem po kieszeni w której trzymam PDA. Tą mapę nabyłem już jakiś czas temu, ale powinna jeszcze być w porządku. Okolice Jantaru zawsze były znane ze stabilności - zmiany następujące częściej niż raz w miesiącu byłyby uznane za... Nomen omen, anomalię. Widać nawet w takim miejscu jak to jest możliwa odrobina stabilizacji.
Kiedy spokojnym krokiem zbliżam się do okalającego fabrykę muru, zaciskam mocniej ręce na M21. Coś jest nie tak, w powietrzu niemalże namacalnie da się wyczuć jakieś podejrzane napięcie. Swego czasu roiło się tu od zombie, ale od momentu uśpienia emitera praktycznie przestały istnieć... Mutanty nadal unikają tego miejsca - pomimo obniżonego oddziaływania fal psi, według naukowców czują się tu niekomfortowo. To może oznaczać tylko jedno...
Emisja!
Gorączkowo rozglądam się wokoło, szukając dowodów na potwierdzenie mojego założenia - istotnie, znad pobliskich budynków powoli zaczyna wyłaniać się krwistoczerwona łuna. Gałęzie bezlistnych drzew zaczynają wyginać i wykręcać się w jeszcze bardziej groteskowy sposób, a ziemia sprawia wrażenie, jakby za chwilę miała się rozpaść na miliony kawałków. W ciągu paru sekund mój puls zaczyna wariować, a krew buzuje w żyłach. Zrywam się do biegu.
Z takim czasem w zapasie - a raczej jego brakiem - jestem w stanie zrobić tylko jedno. Przebiegam przez bramę fabryki, licząc tylko, że nie natknę się na żadnego oszalałego od fal psi mutanta, ani zapomnianego przez wszystkich zombiaka. Zahaczam nogawką o wystający, przerdzewiały stalowy pręt, jednak nie zatrzymuję się i nie bacząc na rozerwany materiał, biegnę dalej. Przed oczami znów zaczynają tańczyć mi mroczki, a bagaż ciąży coraz bardziej.
Lewo!
Przebiegam obok stojącego od lat, martwego wraku ciężarówki i biegnę dalej, czując jak coraz bardziej słabnę - proporcjonalnie do czasu uderzenia emisji.
Prawo!
Wypadam jak szalony zza rogu i niemalże z ulgą witam półotwarte drzwi do budynku administracyjnego. Przebiegam pełnym pędem, chwytając za klamkę, po czym wtaczam się osłabiony na klatkę schodową. Upadam na ziemię i powoli zaczynam staczać się po schodach w dół, jak najdalej od morderczych fal emisji. Na półpiętrze mam już dość sił, żeby znów stanąć na nogi. Z nosa leci mi krew - skutek osłabienia w związku ze zbliżającym się zwarciem. Powoli schodzę jeszcze niżej, w pogotowiu trzymając karabin. Za paręnaście sekund powinno uderzyć, więc lepiej zejść na sam dół. Piwnica straszy egipskimi ciemnościami, więc sięgam po schowaną w jednej z kieszonek kamizelki latarkę - niestety, żarówkę szlag trafił. Widocznie kiedy upadłem, musiałem uszkodzić drucik... Siadam na schodach na krawędzi mroku i wsłuchuję się w odgłosy na zewnątrz - emisja rozszalała się w najlepsze. Przeciągłe buczenie oraz szum doprowadzało do szaleństwa każdego, kto był nowy w Zonie. Niejeden nie był w stanie tego wytrzymać - wielu skończyło odbierając sobie życie. Inni z kolei zaczęli doszukiwać się w tym czegoś boskiego - iluż to postradało życie wychodząc ze schronienia z rękami oraz głową uniesioną ku niebu... Tylko po to, żeby kolejne uderzenie fal rozerwało ich na drobny pył.
Mając baczenie na dźwięki na zewnątrz, wpatruję się w ciemność roztaczającą się przede mną. Nie słyszę żadnych podejrzanych odgłosów, jednak ciężko mi stwierdzić w stu procentach, przez piekło toczące się na powierzchni. Mogę tylko zdać się na moje szczęście oraz szósty zmysł, że nic w tej chwili nie wyskoczy na mnie z ciemności. Z drugiej jednak strony każdy ze zmutowanych drapieżników wydaje swoje warknięcia czy okrzyki, kiedy widzi ofiarę. Nawet pijawki, łowcy idealni, nie potrafią poruszać się całkowicie bezszelestnie - nie mówiąc już o tym, że każdy kolejny obiad witają głośnym rykiem, niby lwy na afrykańskich sawannach. Możliwe, że ma to działać w ten sam sposób. Deprymować ofiarę, przerazić ją, aby nie była zdolna się bronić. A ci biedacy ze starymi maskami przeciwgazowymi na twarzach, których niektórzy nazywają snorkami czy słonikami? Ich oddech potrafiłby wywołać lawinę... Chrapliwy, głośny, agresywny - nie ma mowy, żeby były w stanie zakraść się do kogoś zachowującego chociaż odrobinę ostrożności.
Siedzę jeszcze kilka minut rozważając słabości poszczególnych mutantów i wsłuchując się w cichnące odgłosy na zewnątrz. Kiedy czuję, że wszystko mniej więcej się uspokoiło, stwierdzam, że pora wyjść. Wstaję z schodów, otrzepuję spodnie z kurzu i kieruję swoje kroki ku wyższemu piętru. Pora ruszać dalej i odnaleźć bezpieczne przejście w okolice Limańska. Chwytam za klamkę drzwi wyjściowych, wychodzę na zewnątrz i...
...zanim zdaję sobie sprawę w czym rzecz, jest już za późno.
Światło.
Oślepiający wybuch bieli, niby granat ogłuszający wrzucony do malutkiego pomieszczenia. Przez moment zupełnie nic nie widzę. Moje serce bije jak szalone. Po kilku krótkich chwilach wzrok się przyzwyczaja i zaczynam zauważać rozmazane kontury oraz jaśniejsze punkty w oddali. Potrząsam szybko głową i wytężam słuch, żeby wyczuć ewentualne niebezpieczeństwo. Kiedy mój wzrok w końcu się ogniskuje, rozglądam się gorączkowo wokoło, w międzyczasie rękami oceniając stan ekwipunku. Wszystko na miejscu, całe szczęście. Jednak to miejsce...
Spoglądam przed siebie, wgłąb długiego, ciemnego korytarza, rozświetlanego co kilka metrów mdłym, żółtym światłem żarówek. Puls powoli zaczyna mi spadać i wracać do normy. Podnoszę wzrok i patrzę w górę - nie ma szans, żebym dał radę wydostać się tędy. Winda transportowa na której stoję nie działa pewnie już od czasu pierwszego wybuchu, a szyb nie posiada odpowiedniej ilości przęseł po jakich miałbym się wspinać. Poza tym, i tak nie mam liny do asekuracji.
Znów patrzę w nieprzyjazny, ciemny korytarz przede mną. Nie pozostaje mi nic innego, jak iść przed siebie. Schodzę z platformy i zaczynam iść przed siebie. Odwieszam M21 na ramię i biorę do rąk pionówkę - zakładam, że w tych warunkach przyda się bardziej. Dopiero zaczyna do mnie docierać świadomość, co właściwie się stało. Jak ostatni kot wlazłem w anomalię czasoprzestrzenną. Tylko co ta sucz robiła przy samym wejściu do budynku? Jedna rzecz, że zazwyczaj nie pojawiały się w okolicach Jantaru - ostatni udokumentowany przypadek miał miejsce bodajże siedem lat temu. Druga sprawa, że nie zauważyłem jej, dopóki w nią nie wlazłem - nowy rodzaj? Precyzyjne umieszczenie? Tego typu anomalie zawsze działały według określonego szablonu - tam, gdzie się pojawiły, przenosiły wszystko w swoim zasięgu. Jeśli taka kula pojawiła się do połowy "zanurzona" w środku placu fabrycznego, ktoś w innym miejscu mógł liczyć na grad ziemi i cementu walący mu się na głowę. Cała martwa materia kończyła przerwana idealnie na granicy działania teleportu. Ta więc musiała zostać umieszczona przez kogoś - inaczej szansa na położenie tak precyzyjne, że nie dotykałaby niczego wokoło, byłoby praktycznie niemożliwe. Przynajmniej nie zdarzyło się jeszcze ani razu do tej pory.
Powoli i ostrożnie przechodzę przez ostatnie metry korytarza, co jakiś czas mijając brudne, ledwo jarzące się żarówki. Dają na tyle światła, żebym widział w którą stronę iść, jednak z drugiej strony tak niewiele, że ciemność nadal skrywa wszystko co przede mną. W końcu dochodzę do rozwidlenia. Droga w lewo najwidoczniej prowadzi do pomieszczenia z czymś w styl generatora - słychać z niego delikatny szum urządzenia odpowiedzialnego za działanie świateł w opuszczonym od dawna kompleksie. Idąc w prawo z kolei najwidoczniej dojdę do kwater pracowniczych i laboratoriów. Albo chociaż jednego z dwojga. Skręcam w prawo i ostrożne stawiam każdy kolejny krok. W przypływie impulsu nagle uderza mnie pewna myśl - podwijam rękaw i spoglądam na zegarek.
00:00
Jestem tu już od paru minut, więc nawet gdyby teleportacja zakłóciła działanie urządzenia, powinien pokazywać przynajmniej pięć po. Wyciągam PDA - to samo. Data i rok również zresetowane do ustawień fabrycznych. Co ciekawe, wszystkie inne funkcje działają bez zarzutu - naturalnie pod ziemią nie mam zasięgu. Chowam urządzenie do kieszonki i przygryzam dolną wargę, próbując wymyślić rozwiązanie i wytłumaczenie tej sytuacji. Cóż, na razie nie jestem w stanie nic wymyślić, więc ruszam dalej, po drodze próbując znaleźć w informacjach o anomaliach czasoprzestrzennych jakieś rozwiązanie czy podpowiedź.
Ciekawą sprawą w sumie jest to, że działają - jak to nazywają jajogłowi - "wybiórczo". Materia martwa zostanie zawsze rozerwana w miejscu granicy anomalii i przeniesiona w inne miejsce. Z kolei żywa tkanka wystarczy, że dotknie pola jej działania i automatycznie zostanie przeniesiona w inne miejsce... A niejednokrotnie także i czas. Zdarzały się przypadki teleportacji stalkerów w inny czas - choć zazwyczaj nie było to nic spektakularnego - ot, parę minut do przodu czy do tyłu. No i naukowcy nadal nie określili czy istnieje jakaś zasada tego działania, czy po prostu jest to losowe.
Uśmiecham się krzywo pod nosem do samego siebie. Wygląda na to, że znalazłem się w miejscu poza czasem. Prawie jak w tych filmach czy książkach science fiction.
Nadal próbując znaleźć w głowie rozwiązanie i wyjaśnienie tej sytuacji, dochodzę do zamkniętych drzwi grodziowych. Najpewniej prowadzą do któregoś z przejściowych pomieszczeń magazynowych. W odnogach mogą znajdować się pomieszczenia załogi i socjalne, a poniżej główne laboratoria. Większość labów było tworzonych w ten sposób - prosta budowa, nie wymagająca skomplikowanych planów.
Trzymając w jednej ręce strzelbę, sięgam do klamki na drzwiach, aby pociągnąć je do siebie, gdy nagle te zatrzaskują się z łoskotem. Na moment podskakuję zdziwiony, po czym obracam się plecami do ściany, przykładam broń do policzka i zaczynam lustrować ciemny korytarz na przeciwko grodzi.
Pusto...
Łapię się na tym, że od parunastu sekund wstrzymuję oddech. Wydycham dwutlenek węgla i pozwalam płucom nabrać kolejnej porcji nieco stęchłego, wilgotnego powietrza. Opuszczam karabin i zerkając ostrożnie jednym okiem do tyłu, próbuję otworzyć drzwi. Zatrzaśnięte na amen. Przez moment mój wzrok przykuwa jedna dziwna rzecz.
Są zaspawane.
Jakim, cholera, cudem? Uderzam ze złością pięścią w hartowaną stal. Odgłos niesie się głuchym echem po korytarzach opuszczonego kompleksu. Jakim cudem te drzwi nagle okazały się zaspawane? Powoli zaczynam rozumieć sytuację, jednak do pełnej pewności będę musiał sprawdzić jeszcze kilka rzeczy.
Odkładam broń pod ścianę, samemu siadam w rogu i zdejmuję plecak. Otwieram go, wyciągam puszkę ze szprotami w sosie pomidorowym, pajdę chleba i zaczynam jeść. Przez kilka minut słychać tylko stukanie widelca o metal opakowania oraz moje mlaskanie. Po skończonym posiłku pozwalam sobie na porządne, męskie beknięcie. Skoro każdy drapieżnik w Zonie ma swój okrzyk bojowy, to czemu nie - myślę z krzywym uśmiechem. Wyrzucam puszkę wgłąb korytarza, rozrywając ciszę odgłosem odbijającego się od posadzki metalowego opakowania. Kiedy dźwięk cichnie, zakładam plecak, wstaję i biorę do ręki broń. Pora w takim razie iść w drugą stronę, do generatora.
Idąc spokojnym krokiem przed siebie, zastanawiam się nad innymi ciekawymi tworami Zony. Być może moje szukanie rozwiązania w anomalii czasoprzestrzennej było błędne... Słyszałem swego czasu pewne historie, które mogłyby okazać się możliwe - zwłaszcza biorąc pod uwagę kilka faktów, jakie miałem okazję zaobserwować dotychczas. Jeszcze chwilka i będę mieć całkowitą pewność. Ponownie zerkam na zegarek - elektroniczna tarcza nadal uparcie wskazuje 00:00. Czyli wcale nie uległ uszkodzeniu ani przepaleniu obwodów. Powoli zaczynam zbliżać się do pomieszczenia z generatorem. Stare urządzenie, działające od wielu lat - zapewne podczas drugiego wybuchu ewakuująca się kadra zostawiła go działającego aż do dziś. W niektórych laboratoriach już dawno padły ze starości lub skończyło im się paliwo - jednak ten nadal działa. Za chwilę to zmienię.
Otwieram klapę, odsłaniając obracający się wał generatora, napędzający jego bloki. No, to do widzenia staruszku. Wkładam między nie lufę mojej strzelby, automatycznie powodując zatrzymanie się urządzenia oraz wyrwanie broni z mojej ręki.Lufa z hartowanej stali wygina się do granic wytrzymałości, jednak widzę, że to wystarczy - generator buczy przez kilka chwil, potem zaczyna syczeć, aż ostatecznie wyrzuca obfite pokłady dymu i umiera. Rozglądam się wokoło - tak, jak myślałem. Żarówki nadal się świecą tym mdłym, lemoniadowym światłem. Ponownie ściągam plecak i spoglądam na nienaruszoną puszkę szprotów w sosie pomidorowym, leżącą na dnie. Zaczynam się głośno śmiać.
- Ty gnoju... Oj, dawno się tak nie uśmiałem. Ale dobra, spoważniejmy. Już koniec zabawy. Idę po ciebie.
Sięgam szybkim ruchem po G18, przykładam go do głowy i naciskam spust.
Oślepiający wybuch bieli, niby granat ogłuszający wrzucony do malutkiego pomieszczenia. Przez moment zupełnie nic nie widzę. Moje serce bije jak szalone. Po kilku krótkich chwilach wzrok się przyzwyczaja i zaczynam zauważać rozmazane kontury oraz jaśniejsze punkty w oddali. Potrząsam szybko głową i wytężam słuch, żeby wyczuć ewentualne niebezpieczeństwo. Kiedy mój wzrok w końcu się ogniskuje, rozglądam się gorączkowo wokoło, w międzyczasie rękami oceniając stan ekwipunku. Wszystko na miejscu, całe szczęście. Jednak to miejsce...
Spoglądam przed siebie, wgłąb długiego, ciemnego korytarza, rozświetlanego co kilka metrów mdłym, żółtym światłem żarówek. Puls powoli zaczyna mi spadać i wracać do normy. Podnoszę wzrok i patrzę w górę - nie ma szans, żebym dał radę wydostać się tędy. Winda transportowa na której stoję nie działa pewnie już od czasu pierwszego wybuchu, a szyb nie posiada odpowiedniej ilości przęseł po jakich miałbym się wspinać. Poza tym, i tak nie mam liny do asekuracji.
Znów patrzę w nieprzyjazny, ciemny korytarz przede mną. Nie pozostaje mi nic innego, jak iść przed siebie. Schodzę z platformy i zaczynam iść przed siebie. Odwieszam M21 na ramię i biorę do rąk pionówkę - zakładam, że w tych warunkach przyda się bardziej. Dopiero zaczyna do mnie docierać świadomość, co właściwie się stało. Jak ostatni kot wlazłem w anomalię czasoprzestrzenną. Tylko co ta sucz robiła przy samym wejściu do budynku? Jedna rzecz, że zazwyczaj nie pojawiały się w okolicach Jantaru - ostatni udokumentowany przypadek miał miejsce bodajże siedem lat temu. Druga sprawa, że nie zauważyłem jej, dopóki w nią nie wlazłem - nowy rodzaj? Precyzyjne umieszczenie? Tego typu anomalie zawsze działały według określonego szablonu - tam, gdzie się pojawiły, przenosiły wszystko w swoim zasięgu. Jeśli taka kula pojawiła się do połowy "zanurzona" w środku placu fabrycznego, ktoś w innym miejscu mógł liczyć na grad ziemi i cementu walący mu się na głowę. Cała martwa materia kończyła przerwana idealnie na granicy działania teleportu. Ta więc musiała zostać umieszczona przez kogoś - inaczej szansa na położenie tak precyzyjne, że nie dotykałaby niczego wokoło, byłoby praktycznie niemożliwe. Przynajmniej nie zdarzyło się jeszcze ani razu do tej pory.
Powoli i ostrożnie przechodzę przez ostatnie metry korytarza, co jakiś czas mijając brudne, ledwo jarzące się żarówki. Dają na tyle światła, żebym widział w którą stronę iść, jednak z drugiej strony tak niewiele, że ciemność nadal skrywa wszystko co przede mną. W końcu dochodzę do rozwidlenia. Droga w lewo najwidoczniej prowadzi do pomieszczenia z czymś w styl generatora - słychać z niego delikatny szum urządzenia odpowiedzialnego za działanie świateł w opuszczonym od dawna kompleksie. Idąc w prawo z kolei najwidoczniej dojdę do kwater pracowniczych i laboratoriów. Albo chociaż jednego z dwojga. Skręcam w prawo i ostrożne stawiam każdy kolejny krok. W przypływie impulsu nagle uderza mnie pewna myśl - podwijam rękaw i spoglądam na zegarek.
00:00
Jestem tu już od paru minut, więc nawet gdyby teleportacja zakłóciła działanie urządzenia, powinien pokazywać przynajmniej pięć po. Wyciągam PDA - to samo. Data i rok również zresetowane do ustawień fabrycznych. Co ciekawe, wszystkie inne funkcje działają bez zarzutu - naturalnie pod ziemią nie mam zasięgu. Chowam urządzenie do kieszonki i przygryzam dolną wargę, próbując wymyślić rozwiązanie i wytłumaczenie tej sytuacji. Cóż, na razie nie jestem w stanie nic wymyślić, więc ruszam dalej, po drodze próbując znaleźć w informacjach o anomaliach czasoprzestrzennych jakieś rozwiązanie czy podpowiedź.
Ciekawą sprawą w sumie jest to, że działają - jak to nazywają jajogłowi - "wybiórczo". Materia martwa zostanie zawsze rozerwana w miejscu granicy anomalii i przeniesiona w inne miejsce. Z kolei żywa tkanka wystarczy, że dotknie pola jej działania i automatycznie zostanie przeniesiona w inne miejsce... A niejednokrotnie także i czas. Zdarzały się przypadki teleportacji stalkerów w inny czas - choć zazwyczaj nie było to nic spektakularnego - ot, parę minut do przodu czy do tyłu. No i naukowcy nadal nie określili czy istnieje jakaś zasada tego działania, czy po prostu jest to losowe.
Uśmiecham się krzywo pod nosem do samego siebie. Wygląda na to, że znalazłem się w miejscu poza czasem. Prawie jak w tych filmach czy książkach science fiction.
Nadal próbując znaleźć w głowie rozwiązanie i wyjaśnienie tej sytuacji, dochodzę do zamkniętych drzwi grodziowych. Najpewniej prowadzą do któregoś z przejściowych pomieszczeń magazynowych. W odnogach mogą znajdować się pomieszczenia załogi i socjalne, a poniżej główne laboratoria. Większość labów było tworzonych w ten sposób - prosta budowa, nie wymagająca skomplikowanych planów.
Trzymając w jednej ręce strzelbę, sięgam do klamki na drzwiach, aby pociągnąć je do siebie, gdy nagle te zatrzaskują się z łoskotem. Na moment podskakuję zdziwiony, po czym obracam się plecami do ściany, przykładam broń do policzka i zaczynam lustrować ciemny korytarz na przeciwko grodzi.
Pusto...
Łapię się na tym, że od parunastu sekund wstrzymuję oddech. Wydycham dwutlenek węgla i pozwalam płucom nabrać kolejnej porcji nieco stęchłego, wilgotnego powietrza. Opuszczam karabin i zerkając ostrożnie jednym okiem do tyłu, próbuję otworzyć drzwi. Zatrzaśnięte na amen. Przez moment mój wzrok przykuwa jedna dziwna rzecz.
Są zaspawane.
Jakim, cholera, cudem? Uderzam ze złością pięścią w hartowaną stal. Odgłos niesie się głuchym echem po korytarzach opuszczonego kompleksu. Jakim cudem te drzwi nagle okazały się zaspawane? Powoli zaczynam rozumieć sytuację, jednak do pełnej pewności będę musiał sprawdzić jeszcze kilka rzeczy.
Odkładam broń pod ścianę, samemu siadam w rogu i zdejmuję plecak. Otwieram go, wyciągam puszkę ze szprotami w sosie pomidorowym, pajdę chleba i zaczynam jeść. Przez kilka minut słychać tylko stukanie widelca o metal opakowania oraz moje mlaskanie. Po skończonym posiłku pozwalam sobie na porządne, męskie beknięcie. Skoro każdy drapieżnik w Zonie ma swój okrzyk bojowy, to czemu nie - myślę z krzywym uśmiechem. Wyrzucam puszkę wgłąb korytarza, rozrywając ciszę odgłosem odbijającego się od posadzki metalowego opakowania. Kiedy dźwięk cichnie, zakładam plecak, wstaję i biorę do ręki broń. Pora w takim razie iść w drugą stronę, do generatora.
Idąc spokojnym krokiem przed siebie, zastanawiam się nad innymi ciekawymi tworami Zony. Być może moje szukanie rozwiązania w anomalii czasoprzestrzennej było błędne... Słyszałem swego czasu pewne historie, które mogłyby okazać się możliwe - zwłaszcza biorąc pod uwagę kilka faktów, jakie miałem okazję zaobserwować dotychczas. Jeszcze chwilka i będę mieć całkowitą pewność. Ponownie zerkam na zegarek - elektroniczna tarcza nadal uparcie wskazuje 00:00. Czyli wcale nie uległ uszkodzeniu ani przepaleniu obwodów. Powoli zaczynam zbliżać się do pomieszczenia z generatorem. Stare urządzenie, działające od wielu lat - zapewne podczas drugiego wybuchu ewakuująca się kadra zostawiła go działającego aż do dziś. W niektórych laboratoriach już dawno padły ze starości lub skończyło im się paliwo - jednak ten nadal działa. Za chwilę to zmienię.
Otwieram klapę, odsłaniając obracający się wał generatora, napędzający jego bloki. No, to do widzenia staruszku. Wkładam między nie lufę mojej strzelby, automatycznie powodując zatrzymanie się urządzenia oraz wyrwanie broni z mojej ręki.Lufa z hartowanej stali wygina się do granic wytrzymałości, jednak widzę, że to wystarczy - generator buczy przez kilka chwil, potem zaczyna syczeć, aż ostatecznie wyrzuca obfite pokłady dymu i umiera. Rozglądam się wokoło - tak, jak myślałem. Żarówki nadal się świecą tym mdłym, lemoniadowym światłem. Ponownie ściągam plecak i spoglądam na nienaruszoną puszkę szprotów w sosie pomidorowym, leżącą na dnie. Zaczynam się głośno śmiać.
- Ty gnoju... Oj, dawno się tak nie uśmiałem. Ale dobra, spoważniejmy. Już koniec zabawy. Idę po ciebie.
Sięgam szybkim ruchem po G18, przykładam go do głowy i naciskam spust.
Zanim słyszę huk wystrzału na ułamek sekundy przed rozwaleniem własnej czaszki, zostaję oślepiony przez jasne światło. Do mojego mózgu powoli zaczyna docierać, że coś jest nie w porządku. Przecież powinienem stać, ale receptory wskazują, że siedzę oparty o coś plecami. Świadomość przesącza się delikatnie, niczym karminowa krew przez świeżą, białą gazę. Czekam tylko na moment, kiedy odzyskam pełną kontrolę nad swoim ciałem - całe moje jestestwo skupia się w gotowości do działania.
Oczy powoli zaczynają widzieć otoczenie, wzrok ogniskuje się i jestem w stanie ruszyć się z miejsca. Bez słowa zrywam się na nogi, na moment tracąc nieomal równowagę, i dwoma szybkimi susami doskakuję do postaci stojącej przede mną, w międzyczasie sięgając po nóż. Uderzam napastnika płazem dłoni w krtań, popycham w stronę ściany i przyciskam do niej, podsuwając nóż pod jego krtań. Tak, jak podejrzewałem. Uśmiecham się krzywo pod nosem, kiedy zaatakowany rozszerza oczy ze zdumienia. Widać nawet oni czują strach... Odzywa się do mnie:
- Nie... Człowieku! Przestań!
Na twarz wpełza mi paskudny uśmiech. Niby dlaczego nie miałbym tego robić? Przeciągam nożem po szyi przeciwnika i puszczam go, pozwalając, aby zwinął się na ziemi w charczący kłębek, bryzgający wokoło krwią z rozciętej tętnicy. Kiedy w końcu nieruchomieje, sięgam po G18 i oddaję kontrolny strzał w jego głowę. Huk niesie się przez moment po niewielkim pomieszczeniu i pobliskich korytarzach, a łuska upada na ziemię z metalicznym brzękiem. Chowam broń do kabury i pozwalam sobie na ostatnie spojrzenie na sprawcę całego zamieszania.
Kontroler.
Jakie to banalne. Siedząc na schodach do piwnicy, zastanawiałem się nad wadami różnych mutantów i drapieżników - a pominąłem ten jeden gatunek. Dawniej słyszałem tylko legendy i domniemania jajogłowych na ten temat, lecz dziś miałem okazję przekonać się na samym sobie... Według naukowców kontrolerzy posiadają ograniczone zasoby własnej energii psionicznej, której nie są w stanie regenerować. Jedynym sposobem zdaje się być przejęcie kontroli nad inną istotą rozumną i żywienie się jej uczuciami - zwłaszcza tymi negatywnymi. Strach, nienawiść, szaleństwo... Stąd taka iluzja, wygenerowana w mojej głowie. Siedziałbym tam tak długo, aż w końcu oszalał bym do reszty - a tym samym stałbym się mentalną ucztą dla jednego z tych łysych gnojków z wodogłowiem.
Spluwam z obrzydzeniem na ciało.
Całe szczęście, że dowiedziałem się już kiedyś o metodzie na wyrwanie się z cyklu. Popełnienie samobójstwa w iluzji ma wprawdzie poważne skutki uboczne, jednak żaden "wygłodzony" kontroler nie pozwoli na to, żeby jego obiad nieodwracalnie zamienił się w roślinkę. Przez to również ten spanikował i przerwał momentalnie iluzję - dzięki czemu miałem okazję przekazać mu pozdrowienia osobiście. Podnoszę rękaw i patrzę na zegarek - 16:59. Nie spędziłem tu na szczęście wiele czasu. Podobno jeśli przebywać w iluzji zbyt długo, nawet groźba samobójstwa nic nie da - skoro "pożywienie" spełniło swoją rolę, to nic się nie stanie, jeśli resztki się zmarnują... Wzdragam się na samą myśl, co mogłoby się stać, gdybym nie zrozumiał swojego położenia w porę.
Sprawdzam stan ekwipunku, biorę do rąk pionówkę i kieruję się w stronę wyjścia. Drań zaciągnął moje ciało do pomieszczenia na parterze. Ciekawe, gdzie przebywał przez ten cały czas. Wychodzę z budynku i sięgam po mapę Cyklopa. Muszę opuścić teren fabryki i skierować się na wschód. Ruszam przed siebie, uważnie wypatrując niebezpieczeństwa. Kiedy idę pomiędzy opuszczonymi budynkami i halami produkcyjnymi, uderza mnie jedna, dobitna myśl:
Od kiedy stałem się aż tak agresywny?
Mutant, nie mutant... Zabijanie nigdy nie sprawiało mi przyjemności. Jednak to dzisiejsze uczucie, kiedy ostrze noża przecinało poszarzałą, zgrabiałą skórę przeciwnika na szyi... Biorę karabin w przedramię i unoszę obie dłonie do oczu - na jednej z rękawiczek i na palcach nadal jeszcze mam ciemną, cuchnącą krew. Łapię znów za karabin i idę dalej, rozmyślając.
Pamiętam jeszcze wydarzenia sprzed kilku lat. Grupa Fokstrot, "Sprzątaczki", jak nazywał nas żartobliwie Samuraj. Czas, kiedy ktoś dostał się do bazy i zabił Chromego, naszego dowódcę. Mordekai i Kruk chcieli rzucić się w wir poszukiwań odpowiedzialnych za to osób - kiedy powiedziałem, że nie chcę mieć z tym nic wspólnego i odchodzę, prawie skończyło się na strzelaninie. Szczęśliwie Samuraj potrafił ich jeszcze wtedy uspokoić. Dobrze pamiętam, że wtedy nie interesowały mnie tak przyziemne sprawy jak odwet czy wywarcie zemsty - zawsze starałem się stać ponad tym. Działać z zimną krwią, aby zdradzieckie uczucia nie wpływały na moją ocenę sytuacji. Jednak dzisiejsze wydarzenia pokazały mi, że zaczynam się zmieniać - niekoniecznie w dobrą stronę. Nie wiem, co jest tego powodem. Chociaż gdyby się tak głębiej nad tym zastanowić... Wszystko zaczęło się od tego cholernego zdjęcia. I dziewczyny. Potem ta pocztówka... Gdyby nie ta złudna nadzieja, dalej żyłbym swoim rytmem - zgodnie z pulsem Zony. Jednak okazałem się słaby. Pozwoliłem sobie na powrót myślami do dawnych lat, przypomnienie starych błędów. Odkopałem przeszłość, która miała przecież pozostać martwa.
Ze złością zaciskam ręce na chwycie strzelby. Muszę się uspokoić. Całkiem możliwe, że to wpływ pozostałości po oddziaływaniu psi w okolicy. Kiedy wydostanę się z 'żółtej strefy', wszystko powinno wrócić do normy. Powinno.
Skupiam się znów na drodze. Po emisji Zona zazwyczaj przez jakiś czas jest spokojna - także jeśli idzie o mutanty. Dzięki temu powinienem mieć parogodzinne okno, dzięki któremu powinno udać się bezpiecznie dotrzeć w okolice Limańska. W zasadzie działa to nawet na moją korzyść - jest dość późno, więc dodatkowo tracenie czasu na unikanie przeciwników czy walkę spowodowałoby, że dotarł bym do celu w środku nocy. Wychodzę za bramę kompleksu fabrycznego i skręcam w lewo. Miejmy nadzieję, że ta emisja nie przemeblowała okolicy i że moja wgrana mapa jeszcze nadaje się do użytku.
Zatrzymuję się na chwilę, obracam do tyłu i patrzę na słońce, powoli chylące się ku zachodowi. Pamiętam, jak z Mariną zawsze uwielbialiśmy podziwiać zachody słońca. Te krwistoczerwone niebo i purpurowe chmury... Mrużę odrobinę bardziej oczy i spoglądam bardziej na zachód. Miałem rację.
Ktoś mnie śledzi.
Oczy powoli zaczynają widzieć otoczenie, wzrok ogniskuje się i jestem w stanie ruszyć się z miejsca. Bez słowa zrywam się na nogi, na moment tracąc nieomal równowagę, i dwoma szybkimi susami doskakuję do postaci stojącej przede mną, w międzyczasie sięgając po nóż. Uderzam napastnika płazem dłoni w krtań, popycham w stronę ściany i przyciskam do niej, podsuwając nóż pod jego krtań. Tak, jak podejrzewałem. Uśmiecham się krzywo pod nosem, kiedy zaatakowany rozszerza oczy ze zdumienia. Widać nawet oni czują strach... Odzywa się do mnie:
- Nie... Człowieku! Przestań!
Na twarz wpełza mi paskudny uśmiech. Niby dlaczego nie miałbym tego robić? Przeciągam nożem po szyi przeciwnika i puszczam go, pozwalając, aby zwinął się na ziemi w charczący kłębek, bryzgający wokoło krwią z rozciętej tętnicy. Kiedy w końcu nieruchomieje, sięgam po G18 i oddaję kontrolny strzał w jego głowę. Huk niesie się przez moment po niewielkim pomieszczeniu i pobliskich korytarzach, a łuska upada na ziemię z metalicznym brzękiem. Chowam broń do kabury i pozwalam sobie na ostatnie spojrzenie na sprawcę całego zamieszania.
Kontroler.
Jakie to banalne. Siedząc na schodach do piwnicy, zastanawiałem się nad wadami różnych mutantów i drapieżników - a pominąłem ten jeden gatunek. Dawniej słyszałem tylko legendy i domniemania jajogłowych na ten temat, lecz dziś miałem okazję przekonać się na samym sobie... Według naukowców kontrolerzy posiadają ograniczone zasoby własnej energii psionicznej, której nie są w stanie regenerować. Jedynym sposobem zdaje się być przejęcie kontroli nad inną istotą rozumną i żywienie się jej uczuciami - zwłaszcza tymi negatywnymi. Strach, nienawiść, szaleństwo... Stąd taka iluzja, wygenerowana w mojej głowie. Siedziałbym tam tak długo, aż w końcu oszalał bym do reszty - a tym samym stałbym się mentalną ucztą dla jednego z tych łysych gnojków z wodogłowiem.
Spluwam z obrzydzeniem na ciało.
Całe szczęście, że dowiedziałem się już kiedyś o metodzie na wyrwanie się z cyklu. Popełnienie samobójstwa w iluzji ma wprawdzie poważne skutki uboczne, jednak żaden "wygłodzony" kontroler nie pozwoli na to, żeby jego obiad nieodwracalnie zamienił się w roślinkę. Przez to również ten spanikował i przerwał momentalnie iluzję - dzięki czemu miałem okazję przekazać mu pozdrowienia osobiście. Podnoszę rękaw i patrzę na zegarek - 16:59. Nie spędziłem tu na szczęście wiele czasu. Podobno jeśli przebywać w iluzji zbyt długo, nawet groźba samobójstwa nic nie da - skoro "pożywienie" spełniło swoją rolę, to nic się nie stanie, jeśli resztki się zmarnują... Wzdragam się na samą myśl, co mogłoby się stać, gdybym nie zrozumiał swojego położenia w porę.
Sprawdzam stan ekwipunku, biorę do rąk pionówkę i kieruję się w stronę wyjścia. Drań zaciągnął moje ciało do pomieszczenia na parterze. Ciekawe, gdzie przebywał przez ten cały czas. Wychodzę z budynku i sięgam po mapę Cyklopa. Muszę opuścić teren fabryki i skierować się na wschód. Ruszam przed siebie, uważnie wypatrując niebezpieczeństwa. Kiedy idę pomiędzy opuszczonymi budynkami i halami produkcyjnymi, uderza mnie jedna, dobitna myśl:
Od kiedy stałem się aż tak agresywny?
Mutant, nie mutant... Zabijanie nigdy nie sprawiało mi przyjemności. Jednak to dzisiejsze uczucie, kiedy ostrze noża przecinało poszarzałą, zgrabiałą skórę przeciwnika na szyi... Biorę karabin w przedramię i unoszę obie dłonie do oczu - na jednej z rękawiczek i na palcach nadal jeszcze mam ciemną, cuchnącą krew. Łapię znów za karabin i idę dalej, rozmyślając.
Pamiętam jeszcze wydarzenia sprzed kilku lat. Grupa Fokstrot, "Sprzątaczki", jak nazywał nas żartobliwie Samuraj. Czas, kiedy ktoś dostał się do bazy i zabił Chromego, naszego dowódcę. Mordekai i Kruk chcieli rzucić się w wir poszukiwań odpowiedzialnych za to osób - kiedy powiedziałem, że nie chcę mieć z tym nic wspólnego i odchodzę, prawie skończyło się na strzelaninie. Szczęśliwie Samuraj potrafił ich jeszcze wtedy uspokoić. Dobrze pamiętam, że wtedy nie interesowały mnie tak przyziemne sprawy jak odwet czy wywarcie zemsty - zawsze starałem się stać ponad tym. Działać z zimną krwią, aby zdradzieckie uczucia nie wpływały na moją ocenę sytuacji. Jednak dzisiejsze wydarzenia pokazały mi, że zaczynam się zmieniać - niekoniecznie w dobrą stronę. Nie wiem, co jest tego powodem. Chociaż gdyby się tak głębiej nad tym zastanowić... Wszystko zaczęło się od tego cholernego zdjęcia. I dziewczyny. Potem ta pocztówka... Gdyby nie ta złudna nadzieja, dalej żyłbym swoim rytmem - zgodnie z pulsem Zony. Jednak okazałem się słaby. Pozwoliłem sobie na powrót myślami do dawnych lat, przypomnienie starych błędów. Odkopałem przeszłość, która miała przecież pozostać martwa.
Ze złością zaciskam ręce na chwycie strzelby. Muszę się uspokoić. Całkiem możliwe, że to wpływ pozostałości po oddziaływaniu psi w okolicy. Kiedy wydostanę się z 'żółtej strefy', wszystko powinno wrócić do normy. Powinno.
Skupiam się znów na drodze. Po emisji Zona zazwyczaj przez jakiś czas jest spokojna - także jeśli idzie o mutanty. Dzięki temu powinienem mieć parogodzinne okno, dzięki któremu powinno udać się bezpiecznie dotrzeć w okolice Limańska. W zasadzie działa to nawet na moją korzyść - jest dość późno, więc dodatkowo tracenie czasu na unikanie przeciwników czy walkę spowodowałoby, że dotarł bym do celu w środku nocy. Wychodzę za bramę kompleksu fabrycznego i skręcam w lewo. Miejmy nadzieję, że ta emisja nie przemeblowała okolicy i że moja wgrana mapa jeszcze nadaje się do użytku.
Zatrzymuję się na chwilę, obracam do tyłu i patrzę na słońce, powoli chylące się ku zachodowi. Pamiętam, jak z Mariną zawsze uwielbialiśmy podziwiać zachody słońca. Te krwistoczerwone niebo i purpurowe chmury... Mrużę odrobinę bardziej oczy i spoglądam bardziej na zachód. Miałem rację.
Ktoś mnie śledzi.
Jedno, wyzywające spojrzenie. Jeden moment, w którym obaj patrzymy na siebie, jak gdyby dwa wilki gotujące się do walki o waderę. Lustrujemy się wzrokiem – były najemnik i monolitianin, obaj zagubieni na wielkiej drodze, a jednocześnie tak pewni swoich celów.
Nie podnoszę mosina. Nie próbuję strzelać. Nie chcę. Palcami przeczesuję krucze włosy, niemal całkiem już zaprószone siwizną. Bardzo powoli, z rozmysłem stawiam kolejne kroki, schodząc ze zbocza niewielkiego wzgórza. Ani na moment nie tracę z oczu tego jednego widoku – najemnika stojącego na tle monochromatycznego horyzontu, na którym o minionym dniu przypomina tylko szydercza pomarańczowa kreska ostatnich promieni słońca, jak gdyby złośliwy uśmiech Matki Zony do tych, którzy tej potwornej nocy nie znajdą sobie schronienia. Idę ku niemu – dwoje dzieci Strefy, a jedno przybliża się coraz bardziej do drugiego. Obute stopy z chrzęstem depczą zaschnięte liście i ściółkę podmokłego terenu, na granicy podświadomości czai się zew dawno już wyłączonych anten psionicznych, a ja kroczę wśród tej pozornej harmonii postapokaliptycznego życia, czując wzbierającą euforię nadchodzącej walki.
Stajemy naprzeciw siebie na skażonej, ubitej ziemi. Twarz zarośnięta, wyraźnie zmęczona, ale tkwi w niej ta siła, wymykający się definicji pierwiastek każdego stalkera. Oblicze podobne do każdego, a zarazem do nikogo; nijaką maskę twarzy wyróżniają tylko zaciśnięte w determinacji usta. Spoglądam mu w oczy.
Gdzieś w oddali wyje wilk.
Znalazłem się tu niedługo po brzemiennym w skutkach starciu z oddziałem Powinności. Pozabijałem ich wszystkich, sam jednak odniosłem rany – podarte spodnie i poranione nogi, owinięte aż do ud skórami nibypsów w charakterze odzieży zastępczej. Kurtka, którą musiałem wyrzucić – stoję więc teraz tylko w swetrze i wełnianych rękawiczkach. Na grzbiecie ciąży wyświechtany plecak, na ramieniu dynda Mosin, a zawsze gotowy bajkał tkwi bezpiecznie w dłoniach.
Nadszedł czas rozliczenia. Pytam:
- Lena Sasza Łukin. Mówi ci to coś?
Nie podnoszę mosina. Nie próbuję strzelać. Nie chcę. Palcami przeczesuję krucze włosy, niemal całkiem już zaprószone siwizną. Bardzo powoli, z rozmysłem stawiam kolejne kroki, schodząc ze zbocza niewielkiego wzgórza. Ani na moment nie tracę z oczu tego jednego widoku – najemnika stojącego na tle monochromatycznego horyzontu, na którym o minionym dniu przypomina tylko szydercza pomarańczowa kreska ostatnich promieni słońca, jak gdyby złośliwy uśmiech Matki Zony do tych, którzy tej potwornej nocy nie znajdą sobie schronienia. Idę ku niemu – dwoje dzieci Strefy, a jedno przybliża się coraz bardziej do drugiego. Obute stopy z chrzęstem depczą zaschnięte liście i ściółkę podmokłego terenu, na granicy podświadomości czai się zew dawno już wyłączonych anten psionicznych, a ja kroczę wśród tej pozornej harmonii postapokaliptycznego życia, czując wzbierającą euforię nadchodzącej walki.
Stajemy naprzeciw siebie na skażonej, ubitej ziemi. Twarz zarośnięta, wyraźnie zmęczona, ale tkwi w niej ta siła, wymykający się definicji pierwiastek każdego stalkera. Oblicze podobne do każdego, a zarazem do nikogo; nijaką maskę twarzy wyróżniają tylko zaciśnięte w determinacji usta. Spoglądam mu w oczy.
Gdzieś w oddali wyje wilk.
Znalazłem się tu niedługo po brzemiennym w skutkach starciu z oddziałem Powinności. Pozabijałem ich wszystkich, sam jednak odniosłem rany – podarte spodnie i poranione nogi, owinięte aż do ud skórami nibypsów w charakterze odzieży zastępczej. Kurtka, którą musiałem wyrzucić – stoję więc teraz tylko w swetrze i wełnianych rękawiczkach. Na grzbiecie ciąży wyświechtany plecak, na ramieniu dynda Mosin, a zawsze gotowy bajkał tkwi bezpiecznie w dłoniach.
Nadszedł czas rozliczenia. Pytam:
- Lena Sasza Łukin. Mówi ci to coś?
Patrzę na zbliżającego się nieśpiesznie mężczyznę. Korci mnie, żeby zwyczajnie odwrócić się tyłem i ruszyć w drogę, jednak widzę, że jest uzbrojony - nie chcę ryzykować kuli w plecach. Kiedy podchodzi bliżej, mam możliwość przyjrzeć mu się dokładniej. Postawny, silny mężczyzna, od którego aż bije pewność siebie. Włosy niegdyś czarne, teraz już przyprószone siwizną, jak polne drogi pierwszym śniegiem. Nie ma na sobie żadnego pancerza - jest ubrany tylko w wojskowy sweter i spodnie oraz ciężkie buciory. W ręku trzyma dubeltówkę, a na ramieniu ma zawieszony któryś z karabinów starego typu - być może Mosina. Do pasa ma przytroczoną kaburę z pistoletem oraz pochwę na ostrze - sądząc po rozmiarze, maczetę. Zauważam, że lekko utyka na prawą nogę - najpewniej został niedawno postrzelony. Pomyślałbym, że to zwyczajny stalker, którego napadnięto i chce prosić o pomoc, tudzież środki medyczne oraz opatrunki... Jednak jest w nim coś jeszcze, coś... innego.
Żądza mordu.
Niemalże z każdym oddechem czuję, jakby powietrze wokoło robiło się coraz gęstsze, ostrzejsze i palące nozdrza. Ręce same zaciskają się mocniej na chwycie pionówki, gotowe do uniesienia broni do strzału w każdej chwili. Mięśnie nóg i pleców czekają w napięciu kiedy tylko mózg wyśle im impuls, aby zrobić unik. Jednak mimo wszystko, czekam. Patrzę na mój "cień", podążający za mną najwidoczniej już od jakiegoś czasu. Kiedy staje w odległości kilku metrów ode mnie, odzywa się:
- Lena Sasza Łukin. Mówi ci to coś?
Początkowo nie rozumiem o czym w ogóle mówi - dopiero po chwili dociera do mnie, że przecież to imię dziewczyny, która zginęła na bagnach. Lena, siostra Wlada. Niedoszła monolitianka. Otwieram usta i odzywam się chrapliwym głosem:
- Nawet jeśli, to...?
Pozwalam, aby pytanie zawisło między nami jak gilotyna, niewypowiedziana groźba. Nie muszę nikomu tłumaczyć się z tego, co wydarzyło się w tamtym czasie i miejscu. Widzę jednak, że w oczach mężczyzny następuje jakaś zmiana - nadal emanuje od niego opanowanie i doświadczenie, jednak zarazem coś w nim pęka. Kiedy odzywa się ponownie, w jego głosie słychać usilnie skrywaną wściekłość:
- Pożałujesz tego morderstwa, najemniku.
Unoszę do góry jedną brew, zaskoczony jego słowami - pierw mówi coś o Lenie, a teraz nagle o morderstwie? Otwieram usta, żeby coś powiedzieć, jednak w tym momencie mężczyzna szybkim ruchem sięga po swoją maczetę, doskakuje do mnie i zamachuje się w moją głowę. Nie mając wiele czasu do działania ani namysłu, zasłaniam się lufą strzelby. Hartowana stal bez problemu zatrzymuje atak. Odpycham od siebie napastnika i próbuję uderzyć go kolbą, jednak na próżno - ledwo zdążam zrobić unik przez kolejnym cięciem, tym razem wycelowanym w moje udo. Uskakuję przed atakiem, w międzyczasie upuszczając strzelbę na ziemię i chwytając za nóż. Nie ma czasu na sięganie po pistolet, pora zabawić się personalnie. Odbijam nożem kolejny atak napastnika, oceniając jego siły i słabości. Kolejne cięcie zatrzymuję, uderzając wolną ręką w przedramię stalkera, kiedy unosi broń do ciosu. Ten nie daje się wytrącić z rytmu i robi półobrót, gotów do cięcia mnie po nerkach - jednak bez większego kłopotu blokuję cios własnym ostrzem.
Muszę przyznać, że ten człowiek wie jak walczyć w zwarciu i robi to bardzo dobrze. Do tego siły dodaje mu wściekłość wprost wylewająca się z niego. Czysta, niemalże zwierzęca dzikość. Uderza mnie jedna myśl - niemożliwe, czyżby on...
Z własnej winy z ledwością unikam kolejnego ciosu - czuję jak zaostrzony metal przecina skórę na prawym policzku. Próbuję odskoczyć do tyłu, jednak jak ostatni idiota zahaczam stopą o nierówność gruntu i tracę równowagę. W spojrzeniu przeciwnika widzę już satysfakcję, kiedy doskakuje do mnie i kieruje szeroki zamach w moją szyję - cios jednak mija mnie o kilka centymetrów, a ja ląduję na ziemi. Uderzam boleśnie plecami o wystające kamienie, a nóż wypada mi z ręki. Nie mając ani chwili na użalanie się nad bolącym kręgosłupem, robię przewrót do tyłu, żeby oddalić się nieco od napastnika i podrywam się z ziemi. Próbuję sięgnąć po pistolet, jednak na próżno - stalker jest już przy mnie, ponownie zamachując się swoim ostrzem. Nurkuję poniżej ciosu i uderzam go pięścią w splot słoneczny. Zanim zdąża dojść do siebie, przetaczam się po ziemi w prawą stronę, podnosząc z ziemi mój nóż. Chwytam ostrze akurat w czas, kiedy przeciwnik dochodzi do siebie.
Stajemy ponownie twarzą w twarz, tym razem obaj ostrożniejsi, znający już swoje umiejętności oraz niedociągnięcia w walce. Wilk i hiena, walczące o... W zasadzie nikt tego nie wie. O ideę? Z zemsty? Dla satysfakcji? Dość pustych rozważań. Pora zastosować to, czego kiedyś uczył mnie Samuraj...
Atakuję pierwszy - chwytam nóż ostrzem do dołu i markuję fałszywe cięcie od prawej strony, w tym samym czasie wyprowadzając uderzenie lewą pięścią w bok przeciwnika. Nie przewidział tego, dzięki czemu lekko wybijam go z rytmu uderzeniem w żebra. Ostrzem odbijam słaby zamach maczetą i uskakuję do tyłu, zmuszając przeciwnika, aby sam do mnie podszedł. Stalker nadal jest opanowany, choć widać, że furia w jego oczach przybiera na sile. Być może jeszcze chwilka i...
Próbuję uniknąć następnego zamachu, jednak zbyt późno pojmuję swój błąd. Ostrze przecina prawy rękaw mojego płaszcza, raniąc przedramię. W sekundę później czuję narastający piekący ból oraz krew, która powoli zaczyna spływać w dół rękawa. Kolejny cios odbijam nożem i znów próbuję zdobyć nieco dystansu od wroga. Niestety, przeciwnik zachęcony skutecznością poprzedniego ataku naciera coraz zacieklej. Blokując kolejne uderzenie sprawdzam czy moja lewa ręka nadal jest funkcjonalna. Cięcie musiało nie być zbyt głębokie, bo pomimo przeszywającego bólu jestem w stanie bez większych problemów nią operować. Pora w takim razie zakończyć tą walkę.
Podczas kolejnego ataku kopię przeciwnika w kostkę, wytrącając go lekko z równowagi - odrobinę czasu jaką mi to dało wykorzystuję na zwiększenie dystansu między nami. Odskakuję od wroga, po czym rzucam w jego stronę nożem. Widzę, że mój atak go zaskakuje - niezdolny do uniknięcia go, obrywa w udo. Kiedy wściekły wyciąga ostrze z nogi, rozprostowuję palce obu dłoni, dwoma szybkimi susami doskakuję do niego i uderzam - palcami prawej ręki w jego splot słoneczny, a lewą w grdykę. Atak ogłusza go bez problemu - w końcu ma na sobie tylko sweter, nie chroniący w żadnym stopniu przed uderzeniami w czułe miejsca. Kiedy zaskoczony ciosami zaczyna zginać się w pół, uderzam kantem prawej dłoni w jego kark, sprawiając, że osuwa się na ziemię.
To koniec.
Głośno wypuszczam z płuc powietrze. Opuszczam swobodnie lewą rękę - prawą sięgam bo opatrunek do jednej z kieszonek kamizelki. Przez dziurę w rękawie zakładam gazę oraz bandaż, nadal czujnie patrząc na nieprzytomnego napastnika, leżącego na ziemi. Przez kilka następnych minut nie powinien być w stanie się ruszyć, gdyby odzyskał przytomność. Nawet najwięksi twardziele padają pod uderzeniem w "guzik awaryjny ciała", jak to nazywał Samuraj.
Kiedy kończę sprawę z ręką, sięgam po G18 i celuję w głowę stalkera. Już więcej nie wejdziesz mi w drogę. Naciskam spust.
Klik!
Głuche uderzenie iglicy zamiast huku wystrzału. Chwilę patrzę ze zdziwieniem na broń. Odciągam zamek pistoletu, wyrzucając felerny nabój. Całe szczęście, że to nie zdarzyło się podczas strzelaniny. Trzymając w palcach pocisk 9mm, spoglądam kolejny raz na leżącego. Może rzeczywiście posłucham ten jeden raz przypadku? Sam zastanawiałem się przed parunastoma minutami nad swoją brutalnością. Może pora jednak od czegoś zacząć.
Rzucam na ciało uszkodzony pocisk i chowam G18 do kabury. Rozbrajam mężczyznę, zabierając mu jego pistolet, rozładowując go i wyrzucając samą broń oraz magazynek kilka metrów dalej. To samo robię z jego maczetą. Najchętniej przestrzeliłbym mu oba kolana, jednak to by było zwyczajnie okrutne - zostawiać kogoś okaleczonego w Zonie przed wieczorem? Jeszcze parę lat temu nie przeszłoby mi to przez myśl - monolit, czy nie... Pod wpływem chwilowego impulsu postanawiam sprawdzić jego plecak. Podchodzę kilka metrów do miejsca, gdzie go zrzucił z ramion. W środku - poza standardowymi środkami pierwszej pomocy, jedzeniem oraz amunicją, znajduję kilka teczek z papierami. Rzucam na nie okiem i uśmiecham się krzywo. Ktoś życzliwy zdobył całkiem imponującą kartotekę na mój temat... Jednak mimo wszystko nadal pozostałem "Bezimiennym". Zadowalające. Mam nadzieję, że nie wykułeś tych informacji na pamięć, kolego - nie są przeznaczone dla twoich oczu. Chowam papiery do własnego plecaka, po czym wstaję i ruszam ponownie w stronę wschodu. Przede mną jeszcze spory kawałek drogi oraz szukanie ścieżki w polu anomalii, a wieczór coraz bliżej. Nie ma czas do stracenia.
Żądza mordu.
Niemalże z każdym oddechem czuję, jakby powietrze wokoło robiło się coraz gęstsze, ostrzejsze i palące nozdrza. Ręce same zaciskają się mocniej na chwycie pionówki, gotowe do uniesienia broni do strzału w każdej chwili. Mięśnie nóg i pleców czekają w napięciu kiedy tylko mózg wyśle im impuls, aby zrobić unik. Jednak mimo wszystko, czekam. Patrzę na mój "cień", podążający za mną najwidoczniej już od jakiegoś czasu. Kiedy staje w odległości kilku metrów ode mnie, odzywa się:
- Lena Sasza Łukin. Mówi ci to coś?
Początkowo nie rozumiem o czym w ogóle mówi - dopiero po chwili dociera do mnie, że przecież to imię dziewczyny, która zginęła na bagnach. Lena, siostra Wlada. Niedoszła monolitianka. Otwieram usta i odzywam się chrapliwym głosem:
- Nawet jeśli, to...?
Pozwalam, aby pytanie zawisło między nami jak gilotyna, niewypowiedziana groźba. Nie muszę nikomu tłumaczyć się z tego, co wydarzyło się w tamtym czasie i miejscu. Widzę jednak, że w oczach mężczyzny następuje jakaś zmiana - nadal emanuje od niego opanowanie i doświadczenie, jednak zarazem coś w nim pęka. Kiedy odzywa się ponownie, w jego głosie słychać usilnie skrywaną wściekłość:
- Pożałujesz tego morderstwa, najemniku.
Unoszę do góry jedną brew, zaskoczony jego słowami - pierw mówi coś o Lenie, a teraz nagle o morderstwie? Otwieram usta, żeby coś powiedzieć, jednak w tym momencie mężczyzna szybkim ruchem sięga po swoją maczetę, doskakuje do mnie i zamachuje się w moją głowę. Nie mając wiele czasu do działania ani namysłu, zasłaniam się lufą strzelby. Hartowana stal bez problemu zatrzymuje atak. Odpycham od siebie napastnika i próbuję uderzyć go kolbą, jednak na próżno - ledwo zdążam zrobić unik przez kolejnym cięciem, tym razem wycelowanym w moje udo. Uskakuję przed atakiem, w międzyczasie upuszczając strzelbę na ziemię i chwytając za nóż. Nie ma czasu na sięganie po pistolet, pora zabawić się personalnie. Odbijam nożem kolejny atak napastnika, oceniając jego siły i słabości. Kolejne cięcie zatrzymuję, uderzając wolną ręką w przedramię stalkera, kiedy unosi broń do ciosu. Ten nie daje się wytrącić z rytmu i robi półobrót, gotów do cięcia mnie po nerkach - jednak bez większego kłopotu blokuję cios własnym ostrzem.
Muszę przyznać, że ten człowiek wie jak walczyć w zwarciu i robi to bardzo dobrze. Do tego siły dodaje mu wściekłość wprost wylewająca się z niego. Czysta, niemalże zwierzęca dzikość. Uderza mnie jedna myśl - niemożliwe, czyżby on...
Z własnej winy z ledwością unikam kolejnego ciosu - czuję jak zaostrzony metal przecina skórę na prawym policzku. Próbuję odskoczyć do tyłu, jednak jak ostatni idiota zahaczam stopą o nierówność gruntu i tracę równowagę. W spojrzeniu przeciwnika widzę już satysfakcję, kiedy doskakuje do mnie i kieruje szeroki zamach w moją szyję - cios jednak mija mnie o kilka centymetrów, a ja ląduję na ziemi. Uderzam boleśnie plecami o wystające kamienie, a nóż wypada mi z ręki. Nie mając ani chwili na użalanie się nad bolącym kręgosłupem, robię przewrót do tyłu, żeby oddalić się nieco od napastnika i podrywam się z ziemi. Próbuję sięgnąć po pistolet, jednak na próżno - stalker jest już przy mnie, ponownie zamachując się swoim ostrzem. Nurkuję poniżej ciosu i uderzam go pięścią w splot słoneczny. Zanim zdąża dojść do siebie, przetaczam się po ziemi w prawą stronę, podnosząc z ziemi mój nóż. Chwytam ostrze akurat w czas, kiedy przeciwnik dochodzi do siebie.
Stajemy ponownie twarzą w twarz, tym razem obaj ostrożniejsi, znający już swoje umiejętności oraz niedociągnięcia w walce. Wilk i hiena, walczące o... W zasadzie nikt tego nie wie. O ideę? Z zemsty? Dla satysfakcji? Dość pustych rozważań. Pora zastosować to, czego kiedyś uczył mnie Samuraj...
Atakuję pierwszy - chwytam nóż ostrzem do dołu i markuję fałszywe cięcie od prawej strony, w tym samym czasie wyprowadzając uderzenie lewą pięścią w bok przeciwnika. Nie przewidział tego, dzięki czemu lekko wybijam go z rytmu uderzeniem w żebra. Ostrzem odbijam słaby zamach maczetą i uskakuję do tyłu, zmuszając przeciwnika, aby sam do mnie podszedł. Stalker nadal jest opanowany, choć widać, że furia w jego oczach przybiera na sile. Być może jeszcze chwilka i...
Próbuję uniknąć następnego zamachu, jednak zbyt późno pojmuję swój błąd. Ostrze przecina prawy rękaw mojego płaszcza, raniąc przedramię. W sekundę później czuję narastający piekący ból oraz krew, która powoli zaczyna spływać w dół rękawa. Kolejny cios odbijam nożem i znów próbuję zdobyć nieco dystansu od wroga. Niestety, przeciwnik zachęcony skutecznością poprzedniego ataku naciera coraz zacieklej. Blokując kolejne uderzenie sprawdzam czy moja lewa ręka nadal jest funkcjonalna. Cięcie musiało nie być zbyt głębokie, bo pomimo przeszywającego bólu jestem w stanie bez większych problemów nią operować. Pora w takim razie zakończyć tą walkę.
Podczas kolejnego ataku kopię przeciwnika w kostkę, wytrącając go lekko z równowagi - odrobinę czasu jaką mi to dało wykorzystuję na zwiększenie dystansu między nami. Odskakuję od wroga, po czym rzucam w jego stronę nożem. Widzę, że mój atak go zaskakuje - niezdolny do uniknięcia go, obrywa w udo. Kiedy wściekły wyciąga ostrze z nogi, rozprostowuję palce obu dłoni, dwoma szybkimi susami doskakuję do niego i uderzam - palcami prawej ręki w jego splot słoneczny, a lewą w grdykę. Atak ogłusza go bez problemu - w końcu ma na sobie tylko sweter, nie chroniący w żadnym stopniu przed uderzeniami w czułe miejsca. Kiedy zaskoczony ciosami zaczyna zginać się w pół, uderzam kantem prawej dłoni w jego kark, sprawiając, że osuwa się na ziemię.
To koniec.
Głośno wypuszczam z płuc powietrze. Opuszczam swobodnie lewą rękę - prawą sięgam bo opatrunek do jednej z kieszonek kamizelki. Przez dziurę w rękawie zakładam gazę oraz bandaż, nadal czujnie patrząc na nieprzytomnego napastnika, leżącego na ziemi. Przez kilka następnych minut nie powinien być w stanie się ruszyć, gdyby odzyskał przytomność. Nawet najwięksi twardziele padają pod uderzeniem w "guzik awaryjny ciała", jak to nazywał Samuraj.
Kiedy kończę sprawę z ręką, sięgam po G18 i celuję w głowę stalkera. Już więcej nie wejdziesz mi w drogę. Naciskam spust.
Klik!
Głuche uderzenie iglicy zamiast huku wystrzału. Chwilę patrzę ze zdziwieniem na broń. Odciągam zamek pistoletu, wyrzucając felerny nabój. Całe szczęście, że to nie zdarzyło się podczas strzelaniny. Trzymając w palcach pocisk 9mm, spoglądam kolejny raz na leżącego. Może rzeczywiście posłucham ten jeden raz przypadku? Sam zastanawiałem się przed parunastoma minutami nad swoją brutalnością. Może pora jednak od czegoś zacząć.
Rzucam na ciało uszkodzony pocisk i chowam G18 do kabury. Rozbrajam mężczyznę, zabierając mu jego pistolet, rozładowując go i wyrzucając samą broń oraz magazynek kilka metrów dalej. To samo robię z jego maczetą. Najchętniej przestrzeliłbym mu oba kolana, jednak to by było zwyczajnie okrutne - zostawiać kogoś okaleczonego w Zonie przed wieczorem? Jeszcze parę lat temu nie przeszłoby mi to przez myśl - monolit, czy nie... Pod wpływem chwilowego impulsu postanawiam sprawdzić jego plecak. Podchodzę kilka metrów do miejsca, gdzie go zrzucił z ramion. W środku - poza standardowymi środkami pierwszej pomocy, jedzeniem oraz amunicją, znajduję kilka teczek z papierami. Rzucam na nie okiem i uśmiecham się krzywo. Ktoś życzliwy zdobył całkiem imponującą kartotekę na mój temat... Jednak mimo wszystko nadal pozostałem "Bezimiennym". Zadowalające. Mam nadzieję, że nie wykułeś tych informacji na pamięć, kolego - nie są przeznaczone dla twoich oczu. Chowam papiery do własnego plecaka, po czym wstaję i ruszam ponownie w stronę wschodu. Przede mną jeszcze spory kawałek drogi oraz szukanie ścieżki w polu anomalii, a wieczór coraz bliżej. Nie ma czas do stracenia.
Droga zajmuje mi sporo czasu, jednak mija bez większych niespodzianek. Kiedy zbliżam się do rzeki za którą znajdują się pierwsze domy Limańska, jest już dobrze po 18:00. Za jakiś czas zacznie zapadać zmrok. Do tego czasu muszę znaleźć schronienie. Zanim wychodzę na otwartą przestrzeń, przez kilka minut obserwuję otoczenie przez lunetę M21. Zdaje się, że jest czysto. Swego czasu był to jeden z przyczółków monolitu - jednak zdaje się, że na razie odpuścili sobie trzymanie tego terenu jako forpoczty. Albo komuś udało się ich przegonić.
Widząc, że jest względnie bezpiecznie, wychodzę zza drzew i zmierzam ostrożnie w stronę kładki prowadzącej na drugą stronę. W czasach przed katastrofą podobno był tu piękny, kamienny most - a Czerwony Las za moimi plecami był pięknym, naturalnym parkiem... Do dziś przetrwało niewiele - parę przęseł wystających z odmętów rzeki niczym szkielet wieloryba oraz kilka zbutwiałych i połamanych ławek przy zarastających dziką roślinnością ścieżkach w lesie... Oto, jak mija czas. Wszystko w naturze zmierza do maksymalnego możliwego uproszczenia, jeśli pozostawić to w spokoju. Z drugiej jednak strony w tym chaosie jest pewien porządek... Przez głowę przelatuje mi myśl - gdyby teraz, w tym momencie, z Zony wyniósł się każdy stalker, ona sama pewnie z czasem zaczęłaby umierać, aż w końcu zniknęłaby na zawsze. Szalona teoria, którą dodatkowo wymyśliłem na trzeźwo - jednak z tego co słyszałem, jajogłowi nie wykluczają takiej ewentualności. Jak widać, wcale nie trzeba mieć doktoratu, żeby dojść do logicznych wniosków.
Powoli zbliżam się do mostu, a raczej tego, co z niego zostało. Aktualnie jest zwykłą kładką, złożoną ze starych desek, fragmentów drewnianych skrzyń oraz prętów zbrojeniowych, opartych na ukruszonych przęsłach. Sprawdzam czy ekwipunek jest dobrze umocowany, po czym wchodzę ostrożnie na konstrukcję, która trzeszczy i ugina się pod każdym moim krokiem. Delikatnie stąpam do przodu, żeby tylko nie spaść w dół, w odmęty ciemnej wody. Ta bezimienna rzeka nie jest może specjalnie rwąca czy głęboka, jednak posiada bardzo dużo wirów - przez co nawet doświadczony pływak może postradać w niej życie.
Po kilku stresujących minutach udaje mi się przejść na drugi brzeg. Przede mną zieje mrokiem tunel samochodowy z chodnikiem po prawej stronie, prowadzący do miasteczka. Z niezadowoleniem cmokam pod nosem. Bez działającej latarki to może być nieprzyjemna przeprawa. Zdejmuję z ramienia strzelbę i stawiam pierwszy krok wgłąb ciemności. Idąc przy ścianie i stawiając ostrożne kroki powinienem być w stanie dość szybko dojść do prześwitu prowadzącego na drugą stronę. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że poza martwymi wrakami samochodów oraz gruzem nie znajduje się tam nic jeszcze...
Wzdycham ze zrezygnowaniem i zaczynam iść przed siebie. Ramieniem staram się trzymać blisko ściany tunelu, uważając zarazem, by nie zahaczyć o nic stopą. Na chwilkę zamykam oczy, pozwalając, by szybciej przyzwyczaiły się do ciemności. Przez moment słychać tylko szuranie mojego płaszcza o ścianę oraz głuchy stukot butów gniotących pod podeszwami kawałeczki gruzu. Po kilku minutach poruszania się w ślimacznym tempie widzę przebijającą się do tunelu poświatę. Parędziesiąt metrów i będzie po wszystkim.
Kiedy jestem już paręnaście metrów od wyjścia z tunelu, słyszę za sobą jakiś dźwięk. Odwracam się do tyłu i zatrzymuję na moment. Po chwili odgłos powtarza się - coś jakby pomiędzy piskiem a syczeniem... Jeden z natywnych drapieżników Zony - kot. Unoszę do góry pionówkę i celuję nią w ciemność tunelu przede mną, zaczynając powoli wycofywać się w stronę wyjścia. Koty są stworzeniami terytorialnymi - dodatkowo ta cecha jeszcze bardziej uwydatniła się w przypadku ich zmutowanych "kuzynów". Kiedy jestem już parę kroków od końca tunelu, na krawędzi ciemności widzę, jak pojawia się głowa sprawcy całego hałasu. Dziki zmutowany kot, być może nawet ryś obnaża swoje ząbki i syczy w moją stronę. Po chwili rozumiem o co chodzi - z mroku wytaczają się trzy małe, futrzaste kłębki, nieświadome zagrożenia jakim mogę się stać. Kocica - przynajmniej tak wnioskuję - mruczy coś z niezadowoleniem, po czym chwyta jednego z nich w pysk, a resztę zagania uderzeniem łapy wgłąb tunelu. Opuszczam karabin. Żyj i daj żyć, uśmiecham się pod nosem. Żeby zmutowane zwierzę było bardziej ludzkie od nas...
Spokojny odwracam się w drugą stronę i patrzę na roztaczający się przede mną widok na małe miasteczko, składające się głównie z kamieniczek oraz domów jednorodzinnych. Przed wybuchem musiało tu być pięknie - skoro część tego klimatu pozostała nawet po katastrofie. Z czasem kolorowe tynki na murach wyblakły oraz odpadły, kute żeliwne bramy i płoty przerdzewiały, a trawa straciła swój dawny soczysty zielony kolor... Jednak mimo to, Limańsk można uznać za piękny. W pewnych skrzywionych kategoriach postrzegania świata, jest perłą tego miejsca. W porównaniu z szaroburą, betonową dżunglą Prypeci to miasteczko jest swego rodzaju oazą dla oka. Ma w sobie coś... sentymentalnego. Idąc pustymi już teraz placami zabaw czy parkami, niemalże można usłyszeć ponownie krzyki bawiących się dzieci czy rozmowy siedzących na ławkach i pilnujących swoich pociech dorosłych. Ostatni raz byłem tu... wiele lat temu. Jednak pamiętam to wrażenie do dziś - i po takim czasie, nadal nic się nie zmieniło. Część mojego serca nadal ma tu swoje miejsce.
Powoli ruszam przed siebie, szukając odpowiedniego budynku na nocleg. Przy odrobinie szczęścia powinienem trafić na oznaczoną kryjówkę łowców... O ile w ciągu ostatnich tygodni ktoś tu był. Każde schronienie musi być regularnie zmieniane przynajmniej raz na tydzień - inaczej ryzyko niebezpieczeństwa w takim miejscu rośnie lawinowo. Nawet, jeśli komuś uda się przespać całą noc spokojnie, rano może się okazać, że budynek jest otoczony przez wygłodniałe mutanty, czekające aż obiad sam wyjdzie. Wielokrotnie zdarzało się też, że bestie znudzone czekaniem i popędzane przez pusty żołądek znajdowały jakiś sposób na dostanie się do środka... Powiadają, że to przez zapachy kumulujące się w jednym miejscu. Drapieżniki mają wyczulony węch, który dodatkowo zaostrza się wraz z głodem - więc jeśli jakieś miejsce jest zbyt często wykorzystywane na nocleg, zaczyna działać jak otwarta puszka tuńczyka na kota. Maść tłumiąca zapachy, jakiej używam jest bardzo przydatna w tej materii - ale i tak muszę uważać, gdzie dobieram nocleg. "Oznaczone" miejsca są tak samo niebezpieczne dla kogoś, kogo czuć z kilometra jak i dla kogoś, kto zupełnie nie wydziela żadnych zapachów.
Idąc ostrożnie alejkami miasteczka, przypominam sobie dlaczego to miejsce tak mnie urzekło za pierwszym razem, kiedy je zobaczyłem. Wygląda łudząco podobnie do pewnego miejsca we Włoszech, dokąd zawsze chciała wyjechać Marina. Te małe alejki, wąskie uliczki, leniwie i cicho toczące się życie... Kiwam głową na boki. Już nawet nie jestem na siebie zły - chyba nie mam na to siły. Muszę pogodzić się z faktem, że to wszystko jest już dawno za mną i nie wróci. Parskam pod nosem - w sumie zamiast irytować się na siebie za każdą chwilę wspominania przeszłości mogę równie dobrze cieszyć się teraźniejszością oraz wmawiać sobie, że lepsze to, niż nic. Poza tym - jeśli sprawa z tym spełnianiem życzeń okaże się prawdą...
Przerywam swoje rozmyślania, kiedy mój wzrok przykuwa jeden z budynków. Mała kamieniczka z blaszanym dachem i poddaszem. Podchodzę bliżej, żeby ocenić jej stan. Okna pozabijane dechami, tak samo drzwi. Jedyne wejście prowadzi przez balkon z rzeźbioną, żeliwną balustradą. Zdaje się, że wszystko powinno być w porządku. Słońce coraz szybciej chyli się ku zachodowi, więc nie mam czasu przebierać jak w ulęgałkach. Wchodzę na parapet, z którego próbuję podskoczyć w górę i chwycić się balkonu na pierwszym piętrze. Łapię się krawędzi i podciągam się z wysiłkiem w górę. Chwytam pordzewiałą balustradę i przeskakuję przez nią. Ciekawe, że ktoś zadbał nawet o to, żeby wzmocnić drzwi balkonowe. Wyciągam G18 i szybko przeglądam wszystkie pomieszczenia.
Czysto.
Zejście na parter jest zawalone gruzem oraz resztkami mebli i wyposażenia. Miejsce rzeczywiście wydaje się być bezpieczne. Jednak z racji, że ostrożności nigdy za wiele...
Zamykam drzwi balkonowe i idę w stronę drabiny prowadzącej na strych. Po drodze jednak moją uwagę przykuwają wydrapane na ścianie znaki. Według oznaczeń stosowanych przez łowców, ostatni z nich nocował tutaj trzy tygodnie temu. Możliwe, że ktoś jeszcze w międzyczasie tu był i zapomniał zostawić informację, jednak mimo wszystko indeks zapachowy powinien być czysty do tego czasu. Wchodzę na drabinę i otwieram klapę od poddasza. Wchodzę na górę, wciągam za sobą drabinę i zamykam wejście. Tutaj powinienem być bezpieczny. Przez dwa, małe trójkątne okienka wpadają mdłe smugi czerwonawego światła - słońce już zachodzi. Rzucam w kąt mój plecak, obok kładę M21 oraz pionówkę i pozwalam sobie na rozprostowanie pleców. Cały dzień z balastem, od rana do wieczora. Sprawdzam stan lewej ręki - na noc zdejmę opatrunek i zmienię rano na nowy. Pozwalam sobie na porządne ziewnięcie, jednak przerywa mi je piekący ból w policzku. Jasna cholera, zapomniałem o tej ranie. Z plecaka wyciągam buteleczkę ze spirytusem oraz kawałek gazy. Oczyszczam ranę i sprawdzam, czy nie zaczyna ponownie krwawić. Przez parę dni nie będę mógł za szeroko się szczerzyć. Nie, żebym kiedykolwiek miał zamiar.
Siadam w kącie i podkładam pod plecy śpiwór. Za chwilę pora iść spać, jednak przedtem jeszcze muszę coś zjeść. Sięgam do plecaka i wyciągam puszkę z konserwą mięsną. Chętnie zjadłbym ją na ciepło, jednak rozpalanie ogniska w budynku nie jest mądrym pomysłem... Otwieram wieczko, wyciągam pajdę chleba i zaczynam jeść.
Po skończonym posiłku wyciągam butelkę wody i biorę kilka sporych łyków. Muszę pamiętać, żeby przed snem wypić przynajmniej pół butelki. Dodatkowo sięgam po mniejszą butelkę 0.5 z napojem izotonicznym własnej roboty. Miód, sól, cytryna i woda. Owszem, sprowadzenie składników nie jest tanie - ale na pewno bardziej opłacalne, niż zamówienie całej kraty licencjonowanego produktu.
Biorę kilka głębszych łyków, po czym zakręcam butelkę i na powrót chowam do plecaka. Pora odpocząć. Rozkładam śpiwór, ściągam wojskowe buty, płaszcz oraz kamizelkę i wsuwam się do środka. Podpieram głowę ramionami i zatapiam się we wspomnieniach.
Przypominam sobie wydarzenia sprzed paru godzin. Ten mężczyzna... Czy ja go kiedykolwiek widziałem? Nie, to nie jest rodzaj człowieka, o jakim się zapomina. Pamiętałbym. Jednak było w nim coś... znajomego? Nawet nie potrafię tego określić. A do tego, o co mu chodziło... Najpierw mówił coś o Lenie, potem o morderstwie? Przecież nie ja ją zabiłem. Chyba że... Czyżby był psem łańcuchowym monolitu? W sumie w jego oczach czaiło się coś... fanatycznego. Może...
Z ciekawości sięgam po plecak i wyciągam z niego teczkę z papierami. Ciekawe, kto był w stanie zdobyć na mój temat taką kartotekę. Przeglądam poszczególne stronę z zaciekawieniem. Spora część tych danych jest błędna... Zdaje się, że ktoś nie przyłożył się do swojej pracy i pod wieloma względami pomylił mnie z Samurajem. Amator.
Uśmiecham się smutno pod nosem. Samuraj. Snajper drużyny Fokstrot. Jeden z najlepszych strzelców, jakiego w życiu znałem. Opanowany, spokojny, cichy. Niestety, także ufny. Do dziś pamiętam, jak strzeliłem mu w plecy. Kula wystrzelona ze zdobycznego karabinu Dragunowa przebiła jego kamizelkę, uszkadzając kręgosłup i jedną z nerek. Nadal żył, kiedy podszedłem sprawdzić ciało i zabrać Stalowego Potwora. Kiedy tylko mnie zobaczył, od razu zrozumiał. Jego milczący wyrzut w spojrzeniu prześladował mnie przez następne kilka lat. I wszystko to tylko po to, żeby zabrać jego broń. Ciężki, nieporęczny i zarazem niezawodny M99, nazywany przez stalkerów Stalowym Potworem. Jedyny egzemplarz w Zonie. Prawdziwy powód, dlaczego go zabiłem - zlecenie było tylko wygodną wymówką.
Zresztą, od czasu śmierci Chromego coś w nas pękło. Kruk i Mordekai ruszyli jak szaleni w poszukiwaniu zabójcy naszego dowódcy, pomstując na mnie i Samuraja, że stoimy obok i nie mamy zamiaru im pomóc. Rok później dowiedziałem się, że Kruka znaleziono martwego w zaspie śniegu w okolicach Prypeci. Zamarzł na śmierć, przedtem wystrzeliwszy jeden nabój i zabijając jedną osobę. Do dziś nie dowiedziałem się, czy miało to jakikolwiek związek z zabójstwem Chromego, czy z czymś innym. Mordekai z kolei jako jedyny pozostał wierny pierwotnym ideałom - reaktywował Fokstrot i nadal przyjmuje zlecenia z Wielkiej Ziemi. Stworzył własną drużynę roninów i wciąż przechowuje dla mnie wyposażenie Samuraja. Nie wiem, czy do końca zdaje sobie sprawę z tego, dlaczego zabiłem naszego strzelca. Chyba jego nieświadomość wychodzi mu tylko na dobre.
Zatapiam się we wspomnieniach minionych lat, powoli zapadając w sen...
Widząc, że jest względnie bezpiecznie, wychodzę zza drzew i zmierzam ostrożnie w stronę kładki prowadzącej na drugą stronę. W czasach przed katastrofą podobno był tu piękny, kamienny most - a Czerwony Las za moimi plecami był pięknym, naturalnym parkiem... Do dziś przetrwało niewiele - parę przęseł wystających z odmętów rzeki niczym szkielet wieloryba oraz kilka zbutwiałych i połamanych ławek przy zarastających dziką roślinnością ścieżkach w lesie... Oto, jak mija czas. Wszystko w naturze zmierza do maksymalnego możliwego uproszczenia, jeśli pozostawić to w spokoju. Z drugiej jednak strony w tym chaosie jest pewien porządek... Przez głowę przelatuje mi myśl - gdyby teraz, w tym momencie, z Zony wyniósł się każdy stalker, ona sama pewnie z czasem zaczęłaby umierać, aż w końcu zniknęłaby na zawsze. Szalona teoria, którą dodatkowo wymyśliłem na trzeźwo - jednak z tego co słyszałem, jajogłowi nie wykluczają takiej ewentualności. Jak widać, wcale nie trzeba mieć doktoratu, żeby dojść do logicznych wniosków.
Powoli zbliżam się do mostu, a raczej tego, co z niego zostało. Aktualnie jest zwykłą kładką, złożoną ze starych desek, fragmentów drewnianych skrzyń oraz prętów zbrojeniowych, opartych na ukruszonych przęsłach. Sprawdzam czy ekwipunek jest dobrze umocowany, po czym wchodzę ostrożnie na konstrukcję, która trzeszczy i ugina się pod każdym moim krokiem. Delikatnie stąpam do przodu, żeby tylko nie spaść w dół, w odmęty ciemnej wody. Ta bezimienna rzeka nie jest może specjalnie rwąca czy głęboka, jednak posiada bardzo dużo wirów - przez co nawet doświadczony pływak może postradać w niej życie.
Po kilku stresujących minutach udaje mi się przejść na drugi brzeg. Przede mną zieje mrokiem tunel samochodowy z chodnikiem po prawej stronie, prowadzący do miasteczka. Z niezadowoleniem cmokam pod nosem. Bez działającej latarki to może być nieprzyjemna przeprawa. Zdejmuję z ramienia strzelbę i stawiam pierwszy krok wgłąb ciemności. Idąc przy ścianie i stawiając ostrożne kroki powinienem być w stanie dość szybko dojść do prześwitu prowadzącego na drugą stronę. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że poza martwymi wrakami samochodów oraz gruzem nie znajduje się tam nic jeszcze...
Wzdycham ze zrezygnowaniem i zaczynam iść przed siebie. Ramieniem staram się trzymać blisko ściany tunelu, uważając zarazem, by nie zahaczyć o nic stopą. Na chwilkę zamykam oczy, pozwalając, by szybciej przyzwyczaiły się do ciemności. Przez moment słychać tylko szuranie mojego płaszcza o ścianę oraz głuchy stukot butów gniotących pod podeszwami kawałeczki gruzu. Po kilku minutach poruszania się w ślimacznym tempie widzę przebijającą się do tunelu poświatę. Parędziesiąt metrów i będzie po wszystkim.
Kiedy jestem już paręnaście metrów od wyjścia z tunelu, słyszę za sobą jakiś dźwięk. Odwracam się do tyłu i zatrzymuję na moment. Po chwili odgłos powtarza się - coś jakby pomiędzy piskiem a syczeniem... Jeden z natywnych drapieżników Zony - kot. Unoszę do góry pionówkę i celuję nią w ciemność tunelu przede mną, zaczynając powoli wycofywać się w stronę wyjścia. Koty są stworzeniami terytorialnymi - dodatkowo ta cecha jeszcze bardziej uwydatniła się w przypadku ich zmutowanych "kuzynów". Kiedy jestem już parę kroków od końca tunelu, na krawędzi ciemności widzę, jak pojawia się głowa sprawcy całego hałasu. Dziki zmutowany kot, być może nawet ryś obnaża swoje ząbki i syczy w moją stronę. Po chwili rozumiem o co chodzi - z mroku wytaczają się trzy małe, futrzaste kłębki, nieświadome zagrożenia jakim mogę się stać. Kocica - przynajmniej tak wnioskuję - mruczy coś z niezadowoleniem, po czym chwyta jednego z nich w pysk, a resztę zagania uderzeniem łapy wgłąb tunelu. Opuszczam karabin. Żyj i daj żyć, uśmiecham się pod nosem. Żeby zmutowane zwierzę było bardziej ludzkie od nas...
Spokojny odwracam się w drugą stronę i patrzę na roztaczający się przede mną widok na małe miasteczko, składające się głównie z kamieniczek oraz domów jednorodzinnych. Przed wybuchem musiało tu być pięknie - skoro część tego klimatu pozostała nawet po katastrofie. Z czasem kolorowe tynki na murach wyblakły oraz odpadły, kute żeliwne bramy i płoty przerdzewiały, a trawa straciła swój dawny soczysty zielony kolor... Jednak mimo to, Limańsk można uznać za piękny. W pewnych skrzywionych kategoriach postrzegania świata, jest perłą tego miejsca. W porównaniu z szaroburą, betonową dżunglą Prypeci to miasteczko jest swego rodzaju oazą dla oka. Ma w sobie coś... sentymentalnego. Idąc pustymi już teraz placami zabaw czy parkami, niemalże można usłyszeć ponownie krzyki bawiących się dzieci czy rozmowy siedzących na ławkach i pilnujących swoich pociech dorosłych. Ostatni raz byłem tu... wiele lat temu. Jednak pamiętam to wrażenie do dziś - i po takim czasie, nadal nic się nie zmieniło. Część mojego serca nadal ma tu swoje miejsce.
Powoli ruszam przed siebie, szukając odpowiedniego budynku na nocleg. Przy odrobinie szczęścia powinienem trafić na oznaczoną kryjówkę łowców... O ile w ciągu ostatnich tygodni ktoś tu był. Każde schronienie musi być regularnie zmieniane przynajmniej raz na tydzień - inaczej ryzyko niebezpieczeństwa w takim miejscu rośnie lawinowo. Nawet, jeśli komuś uda się przespać całą noc spokojnie, rano może się okazać, że budynek jest otoczony przez wygłodniałe mutanty, czekające aż obiad sam wyjdzie. Wielokrotnie zdarzało się też, że bestie znudzone czekaniem i popędzane przez pusty żołądek znajdowały jakiś sposób na dostanie się do środka... Powiadają, że to przez zapachy kumulujące się w jednym miejscu. Drapieżniki mają wyczulony węch, który dodatkowo zaostrza się wraz z głodem - więc jeśli jakieś miejsce jest zbyt często wykorzystywane na nocleg, zaczyna działać jak otwarta puszka tuńczyka na kota. Maść tłumiąca zapachy, jakiej używam jest bardzo przydatna w tej materii - ale i tak muszę uważać, gdzie dobieram nocleg. "Oznaczone" miejsca są tak samo niebezpieczne dla kogoś, kogo czuć z kilometra jak i dla kogoś, kto zupełnie nie wydziela żadnych zapachów.
Idąc ostrożnie alejkami miasteczka, przypominam sobie dlaczego to miejsce tak mnie urzekło za pierwszym razem, kiedy je zobaczyłem. Wygląda łudząco podobnie do pewnego miejsca we Włoszech, dokąd zawsze chciała wyjechać Marina. Te małe alejki, wąskie uliczki, leniwie i cicho toczące się życie... Kiwam głową na boki. Już nawet nie jestem na siebie zły - chyba nie mam na to siły. Muszę pogodzić się z faktem, że to wszystko jest już dawno za mną i nie wróci. Parskam pod nosem - w sumie zamiast irytować się na siebie za każdą chwilę wspominania przeszłości mogę równie dobrze cieszyć się teraźniejszością oraz wmawiać sobie, że lepsze to, niż nic. Poza tym - jeśli sprawa z tym spełnianiem życzeń okaże się prawdą...
Przerywam swoje rozmyślania, kiedy mój wzrok przykuwa jeden z budynków. Mała kamieniczka z blaszanym dachem i poddaszem. Podchodzę bliżej, żeby ocenić jej stan. Okna pozabijane dechami, tak samo drzwi. Jedyne wejście prowadzi przez balkon z rzeźbioną, żeliwną balustradą. Zdaje się, że wszystko powinno być w porządku. Słońce coraz szybciej chyli się ku zachodowi, więc nie mam czasu przebierać jak w ulęgałkach. Wchodzę na parapet, z którego próbuję podskoczyć w górę i chwycić się balkonu na pierwszym piętrze. Łapię się krawędzi i podciągam się z wysiłkiem w górę. Chwytam pordzewiałą balustradę i przeskakuję przez nią. Ciekawe, że ktoś zadbał nawet o to, żeby wzmocnić drzwi balkonowe. Wyciągam G18 i szybko przeglądam wszystkie pomieszczenia.
Czysto.
Zejście na parter jest zawalone gruzem oraz resztkami mebli i wyposażenia. Miejsce rzeczywiście wydaje się być bezpieczne. Jednak z racji, że ostrożności nigdy za wiele...
Zamykam drzwi balkonowe i idę w stronę drabiny prowadzącej na strych. Po drodze jednak moją uwagę przykuwają wydrapane na ścianie znaki. Według oznaczeń stosowanych przez łowców, ostatni z nich nocował tutaj trzy tygodnie temu. Możliwe, że ktoś jeszcze w międzyczasie tu był i zapomniał zostawić informację, jednak mimo wszystko indeks zapachowy powinien być czysty do tego czasu. Wchodzę na drabinę i otwieram klapę od poddasza. Wchodzę na górę, wciągam za sobą drabinę i zamykam wejście. Tutaj powinienem być bezpieczny. Przez dwa, małe trójkątne okienka wpadają mdłe smugi czerwonawego światła - słońce już zachodzi. Rzucam w kąt mój plecak, obok kładę M21 oraz pionówkę i pozwalam sobie na rozprostowanie pleców. Cały dzień z balastem, od rana do wieczora. Sprawdzam stan lewej ręki - na noc zdejmę opatrunek i zmienię rano na nowy. Pozwalam sobie na porządne ziewnięcie, jednak przerywa mi je piekący ból w policzku. Jasna cholera, zapomniałem o tej ranie. Z plecaka wyciągam buteleczkę ze spirytusem oraz kawałek gazy. Oczyszczam ranę i sprawdzam, czy nie zaczyna ponownie krwawić. Przez parę dni nie będę mógł za szeroko się szczerzyć. Nie, żebym kiedykolwiek miał zamiar.
Siadam w kącie i podkładam pod plecy śpiwór. Za chwilę pora iść spać, jednak przedtem jeszcze muszę coś zjeść. Sięgam do plecaka i wyciągam puszkę z konserwą mięsną. Chętnie zjadłbym ją na ciepło, jednak rozpalanie ogniska w budynku nie jest mądrym pomysłem... Otwieram wieczko, wyciągam pajdę chleba i zaczynam jeść.
Po skończonym posiłku wyciągam butelkę wody i biorę kilka sporych łyków. Muszę pamiętać, żeby przed snem wypić przynajmniej pół butelki. Dodatkowo sięgam po mniejszą butelkę 0.5 z napojem izotonicznym własnej roboty. Miód, sól, cytryna i woda. Owszem, sprowadzenie składników nie jest tanie - ale na pewno bardziej opłacalne, niż zamówienie całej kraty licencjonowanego produktu.
Biorę kilka głębszych łyków, po czym zakręcam butelkę i na powrót chowam do plecaka. Pora odpocząć. Rozkładam śpiwór, ściągam wojskowe buty, płaszcz oraz kamizelkę i wsuwam się do środka. Podpieram głowę ramionami i zatapiam się we wspomnieniach.
Przypominam sobie wydarzenia sprzed paru godzin. Ten mężczyzna... Czy ja go kiedykolwiek widziałem? Nie, to nie jest rodzaj człowieka, o jakim się zapomina. Pamiętałbym. Jednak było w nim coś... znajomego? Nawet nie potrafię tego określić. A do tego, o co mu chodziło... Najpierw mówił coś o Lenie, potem o morderstwie? Przecież nie ja ją zabiłem. Chyba że... Czyżby był psem łańcuchowym monolitu? W sumie w jego oczach czaiło się coś... fanatycznego. Może...
Z ciekawości sięgam po plecak i wyciągam z niego teczkę z papierami. Ciekawe, kto był w stanie zdobyć na mój temat taką kartotekę. Przeglądam poszczególne stronę z zaciekawieniem. Spora część tych danych jest błędna... Zdaje się, że ktoś nie przyłożył się do swojej pracy i pod wieloma względami pomylił mnie z Samurajem. Amator.
Uśmiecham się smutno pod nosem. Samuraj. Snajper drużyny Fokstrot. Jeden z najlepszych strzelców, jakiego w życiu znałem. Opanowany, spokojny, cichy. Niestety, także ufny. Do dziś pamiętam, jak strzeliłem mu w plecy. Kula wystrzelona ze zdobycznego karabinu Dragunowa przebiła jego kamizelkę, uszkadzając kręgosłup i jedną z nerek. Nadal żył, kiedy podszedłem sprawdzić ciało i zabrać Stalowego Potwora. Kiedy tylko mnie zobaczył, od razu zrozumiał. Jego milczący wyrzut w spojrzeniu prześladował mnie przez następne kilka lat. I wszystko to tylko po to, żeby zabrać jego broń. Ciężki, nieporęczny i zarazem niezawodny M99, nazywany przez stalkerów Stalowym Potworem. Jedyny egzemplarz w Zonie. Prawdziwy powód, dlaczego go zabiłem - zlecenie było tylko wygodną wymówką.
Zresztą, od czasu śmierci Chromego coś w nas pękło. Kruk i Mordekai ruszyli jak szaleni w poszukiwaniu zabójcy naszego dowódcy, pomstując na mnie i Samuraja, że stoimy obok i nie mamy zamiaru im pomóc. Rok później dowiedziałem się, że Kruka znaleziono martwego w zaspie śniegu w okolicach Prypeci. Zamarzł na śmierć, przedtem wystrzeliwszy jeden nabój i zabijając jedną osobę. Do dziś nie dowiedziałem się, czy miało to jakikolwiek związek z zabójstwem Chromego, czy z czymś innym. Mordekai z kolei jako jedyny pozostał wierny pierwotnym ideałom - reaktywował Fokstrot i nadal przyjmuje zlecenia z Wielkiej Ziemi. Stworzył własną drużynę roninów i wciąż przechowuje dla mnie wyposażenie Samuraja. Nie wiem, czy do końca zdaje sobie sprawę z tego, dlaczego zabiłem naszego strzelca. Chyba jego nieświadomość wychodzi mu tylko na dobre.
Zatapiam się we wspomnieniach minionych lat, powoli zapadając w sen...
Świadomość wraca do mnie natychmiastowo, jak każdego poranka. Zanim otwieram oczy, kilka chwil nieruchomo leżę na ziemi i nasłuchuję dźwięków otoczenia. Wszystko wydaje się być w porządku - poza drobną niedogodnością, czyli deszczem. Krople z delikatnym dudnieniem rozpryskują się na dachu budynku. Dobrze, że przy moim znoszonym płaszczu mam kaptur - przynajmniej nie będzie mi moknąć głowa. W końcu wychodzę ze śpiwora i spoglądam na zegarek - fluorescencyjna tarcza pokazuje godzinę 7:30. Dobrze wiedzieć, że przynajmniej to nadal się nie zmienia. Szybko pakuję ekwipunek i wyglądam przez okienka na strychu. Teren wydaje się być czysty. Siadam na chwilę, wyciągam z plecaka butelkę wody, kawałek chleba i konserwę rybną. Przede mną długa droga, nie mogę ryzykować utraty sił z powodu pustego brzucha.
Kiedy wgryzam się w pieczywo i widelcem wyciągam z puszki kawałki ryby w oleju, zastanawiam się nad paroma rzeczami. Czy podróż do Sarkofagu rzeczywiście ma sens? Czy Monolit naprawdę może spełnić pragnienia człowieka? Pod wypływem impulsu wybrałem się w tą podróż, jednak z drugiej strony do mojej świadomości zaczynają powoli przesączać się wątpliwości. Owszem, tutaj w Zonie można zaobserwować wiele cudów i dziwów - anomalie, które według zasad fizyki nie mają prawa istnieć. Artefakty, których działanie stoi w sprzeczności z biologią znanych nam organizmów. Mutacje, zdające się drwić z logiki i zdrowego rozsądku. Jednak każda z tych rzeczy w jakiś sposób wiąże się ze znaną ludzkości wiedzą naukową - tyle, że przekracza jej normy, przebija czwartą ścianę i ląduje na sąsiednim parkingu. Tymczasem spełnianie życzeń... To już brzmi bardziej jak szarlatan telewizyjny czy inny opętany kaznodzieja - jest zupełnie oderwane od rzeczywistości. Nie opiera się na wiedzy naukowej, tylko czerpie z legend, mitów czy pobożnych życzeń. Przypomina bardziej baśnie o Kopciuszku czy Pinokio.
Z drugiej strony, czy to nie oznacza bycia stalkerem? Badanie tego, co nieznane, nieokreślone i nielogiczne? Ocenianie na własne oczy tego, co zobaczyli inni? Ryzykowanie życiem właśnie dla mitów, legend i bajek? Iluż to już łowców pod wpływem opowiadań przy ogniskach czy w Barze wybierało się w nowe miejsca, w poszukiwaniu nowych laboratoriów, nowych mutantów czy nowych artefaktów. Odpowiednio opowiedziana historia potrafi zachęcić wiele osób do podjęcia ryzyka. Tak było już z dziesiątkami stalkerów, tak samo jest teraz ze mną.
Człowiek, który przeżył więcej niż codzienny cykl jedzenie-praca-seks z niekochaną żoną-spanie zazwyczaj staje się sceptyczny. Został doświadczony i skopany przez życie, dlatego do wielu rzeczy podchodzi z nieufnością. Jednak nieufność nie wyklucza naiwności. Można być sceptycznym - jednak kiedy ktoś wmanewruje nas w swoją historię, z całej tej nieufności możemy uznać, że najlepiej, jeśli przekonamy się sami o tym, czy jest prawdziwa - puf! Naiwnie podążyliśmy za czyimś planem.
Klepię się po nieogolonych policzkach i wstaję. Za dużo abstrakcyjnych myśli. Pora odetchnąć świeżym powietrzem i nieco się otrząsnąć. Zarzucam na ramiona plecak, biorę w rękę M21 i schodzę po drabince na dół. Zbutwiałe drewno delikatnie trzeszczy pod moim ciężarem. Ponownie obserwuję perymetr, tym razem przez okno balkonowe. Nadal ani śladu nikogo - albo niczego - innego. Zamykam na chwilę oczy, skupiając się na otoczeniu, dźwiękach, zapachach i tym, co nieuchwytne podstawowymi pięcioma zmysłami.
Pusto.
Wygląda na to, że w pobliżu rzeczywiście nie czai się żadne niebezpieczeństwo. Otwieram drzwi balkonowe i spuszczam się w dół po balustradzie. Przecięta ręka nadal boli, ale mogę jej normalnie używać. Chowam się w rogu budynku, wyciągam z kieszeni kamizelki PDA i sprawdzam mapę. Gdzieś dalej na północ powinna być stara świetlica osiedlowa, na wschód od której ma ponoć kryć się przejście podziemne do szpitala za miasteczkiem. Przejście podziemne... Dopiero dociera do mnie fakt, że nie mam latarki. Fizycznie może i ją posiadam, jednak przecież w okolicach Jantaru uszkodziłem żarówkę. Przeklinam pod nosem swoją bezmyślność - zamiast kupić nowoczesną, z lampką ledową, ja od lat używam tej starej, radzieckiej latarki kieszonkowej, którą dostałem kiedyś od Mariny. Kolejny raz, kiedy okazuje się, że sentymentalność wychodzi mi bokiem. Wzruszam ramionami - martwieniem się i tak nic nie poradzę, a cofanie się z tego punktu nie ma już sensu. W ostateczności mogę zrobić żagiew, żeby jako tako oświetlić sobie drogę. Chwytam pewniej karabin, poprawiam pionówkę na ramieniu i ruszam w drogę.
Pod podeszwami ciężkich butów delikatnie szeleści przydeptywana trawa i chwasty. Niegdyś cementowe uliczki teraz są całe spękane i pokryte dziko rozrastającą się roślinnością. Nie jest to może piękny, soczyście zielony krajobraz, jednak mimo wszystko ma to w sobie jakiś urok. Ciekawe ile lat jeszcze musi upłynąć, żeby ściany budynków zaczęły się kruszyć, a asfaltowe drogi niknąć pod roślinnym dywanem. Jednak w końcu przyjdzie na to czas - a wtedy to miejsce straci cały swój urok na rzecz czegoś zupełnie nowego.
Idąc dalej przed siebie, słyszę unoszący się w powietrzu delikatny syk, nieco głośniejszy od uderzających o ziemię kropel deszczu. Rozglądam się wokoło i zauważam powód - malutki skwer kilka metrów na prawo wydaje się być pełen anomalii termicznych. Podchodzę bliżej i z satysfakcją podziwiam efekt, jaki prezentują - padający deszcz z powodu ogromnej temperatury wyparowuje z sykiem zanim nawet zdąży zbliżyć się do ziemi. Wygląda to tym lepiej im mocniejsze opady. Odwracam się i chcę ruszyć dalej, jednak nagle przypomina mi się jedna rzecz.
Chwytam karabin w jedną rękę i drugą wyciągam urządzenie z kieszonki przy pasie. Wciskam guzik odpowiedzialny za skanowanie terenu i z niemałą satysfakcją słyszę delikatne pikanie. Wnioskując z częstotliwości odgłosów, artefakt powinien znajdować się parę metrów na prawo, mniej więcej w pobliżu dwóch słupów gorącego powietrza bijącego z ziemi. Chowam urządzenie i ostrożnie stawiając kroki, manewruję pomiędzy anomaliami. Zbliżam się jeszcze odrobinę i widzę, jak w powietrzu zaczynają pojawiać się jakby zakłócenia, po czym moim oczom ukazuje się zdobycz - "oko", jeden z artefaktów termicznych. Jajogłowi płacą za niego dobry pieniądz - podobno wspomaga krzepnięcie krwi - jednak najlepszą forsę można za niego dostać u przesądnych stalkerów. Po całej Zonie krążą legendy, że "oko" przynosi szczęście każdemu, kto je posiada. Cóż, będę mieć okazję przekonać się samemu czy to prawda. Odwieszam karabin na ramię, sięgam do kieszeni na spodniach i wyciągam gumowe rękawicę. Zakładam je, po czym chwytam artefakt w ręce i powoli zbieram się do powrotu. Kilka ostrożnych kroków i zostawiam za sobą poletko anomalii. Na moment siadam na ziemi, ściągam plecak i chowam do środka artefakt. Ulotki z obozów naukowców zawsze nakazywały zachowywać odpowiednie środki ostrożności, czyli kupować specjalne ołowiane pojemniki do przechowywania artefaktów, po pięć tysięcy rubli sztuka, zniżka 20% przy zakupie pięciu. Stalkerzy dość szybko i jednogłośnie uznali, że to zwyczajna bzdura i próba wyzyskania jeszcze większej forsy.
Rozmyślania przerywa mi odgłos wystrzału, rozbrzmiewający echem między budynkami. Jedna kula, najpewniej z któregoś z radzieckich 5.45mm. Sądząc po głośności, nie dalej jak dwieście metrów. Zarzucam na ramiona plecak, doskakuję do najbliższego budynku i przywieram plecami do ściany. Dźwięk niosło mniej więcej z północy. Chwilę zastanawiam się, czy powinienem ruszyć dalej w drogę i nie zawracać sobie tym głowy, czy może jednak sprawdzić kto i dlaczego strzelał. Ostatecznie postanawiam to sprawdzić - wolałbym mieć czyste flanki podczas wędrówki przez miasteczko. Dodatkowo, może uda mi się załatwić latarkę czy choćby żarówkę do niej.
Truchtem przebiegam na drugą stronę ulicy i staję w rogu budynku. Sprawdzam otoczenie i ruszam dalej, przeskakując przez niski murek i porastające go krzaki. Wstaję z przykucu i ruszam dalej, pod przerdzewiałą, kutą bramę. Swego czasu musiała tu być spora anomalia, gdyż metalowe pręty są w nienaturalny i groteskowy sposób powyginane, niby skręcone w agonii. Ściągam z ramienia M21 i przechodzę przez pozostałości bramy. Wyglądam zza rogu, wypatrując ewentualnego niebezpieczeństwa. Odnoszę wrażenie, że za budynkiem kilkadziesiąt metrów dalej znika jakiś kształt. Po chwili słyszę drugi strzał i widzę, jak kula odłupuje kawał tynku ze ściany wspomnianego przed chwilą domu. Na prawo daje się słyszeć rozmowę:
- Twe oczy już nie są takie, jak dawniej, mentorze.
- Niechaj Monolit wybaczy mi mą słabość. Twoja kolej, mój uczniu - zakończ te łowy w mym imieniu.
Po chwili spomiędzy budynków wynurza się osoba odziana w lekki kombinezon i kamizelkę kuloodporną, z karabinkiem Kałasznikowa w rękach. Truchtem zmierza w stronę budynku, za którym wcześniej zniknął jego cel. Polowanie, co? Czyli monolit nadal siedzi w tych okolicach - najwidoczniej odpuścili tylko pilnowanie mostu i wycofali się w głąb miasteczka. Z ilości głosów wynikałoby, że jest ich tylko dwóch, jednak lepiej nie ryzykować. Czekam, aż "uczeń" zniknie za budynkiem, po czym sam wychodzę zza rogu i powoli zmierzam w stronę mentora. Odwieszam karabin na ramię i wyciągam z kabury na udzie Berettę - lepiej nie robić zbyt wiele hałasu. Idąc powoli przy ścianie zauważam, że z jednego z okien kamieniczki wystaje lufa karabinu. Czyli widocznie to tam się schowałeś. Podchodzę bliżej i słyszę mamrotanie dochodzące z wnętrza budynku. Zupełnie jak hezbollah - nie traf w niewiernego, cztery godziny klep zdrowaśki z przeprosinami do Allaha... Przechodzę niezauważony pod oknem, nadal czujnie zerkając w stronę, w którą poszedł drugi z fanatyków. Po chwili wchodzę ostrożnie do środka budynku i kieruję się do pomieszczenia po prawej, gdzie powinien znajdować się pierwszy z nich. Wyglądam zza połamanej i pogryzionej przez korniki oraz ząb czasu futryny. Istotnie, jeden monolitianin siedzi na kolanach z głową pochyloną do ziemi i mruczy pod nosem swoje mantry, a tymczasem drugi obserwuje teren przez lunetę karabinu wystawionego przez okno. Najciemniej pod latarnią, co? Szukaj ewentualnego niebezpieczeństwa w oddali, kiedy ono przechodzi ci pod samym nosem... Czy może raczej lufą. Wychylam się zza winkla i biorę na cel pierw tego przy oknie. Naciskam spust i zanim jego ciało z dziurą w czaszce upada na ziemię, drugim pociskiem trafiam imama. Dwa wystrzały dzięki tłumikowi robią niewiele więcej hałasu niż łuski upadające z brzękiem na ziemię. Na kuckach podchodzę do pierwszego ciała i sprawdzam jego wyposażenie. Nie ma w ogóle plecaka, a w kieszeniach kamizelki taktycznej chowa tylko kilka bandaży i dwa magazynki do CZki umocowanej na udzie. Zabieram opatrunki, zostawiając broń - nie ma potrzeby brać dodatkowego balastu, skoro już i tak niosę ze sobą wystarczającą ilość broni i amunicji. Drugi denat ma już nieco więcej wyposażenia - zabieram półtoralitrową butelkę nie otwartej jeszcze wody, dwie konserwy z gulaszem i zestaw pierwszej pomocy. Resztę niech rozdziobią kruki i wrony.
Przez moment zastanawiam się, co zrobić z trzecim monolitianinem, kiedy słyszę kolejne dwa strzały zza pobliskich budynków, oddane z pistoletu. Czyżby zwierzyna próbowała się bronić? Chwilę później ciszę rozrywa seria z rosyjskiego karabinu. Cóż, z racji, że żaden z obu denatów nie miał latarki... Ściągam ponownie z ramienia M21 i wychodzę z budynku, przebiegając szybko na drugą stronę ulicy. Przywieram plecami do ściany budynku. To wzbudza pewne wspomnienia... Obóz treningowy i szkolenie na wypadek konieczności walki w terenie miejskim.
Odrywam się od ściany i ruszam przed siebie z bronią uniesioną do ramienia, obserwując otoczenie przez awaryjne przyrządy celownicze na lunecie. Słyszę kolejne kilka wystrzałów z pistoletu, po których następuje seria z karabinu i przytłumiony krzyk. Pomiędzy budynkami przed sobą widzę, jak monolititanin z bronią podniesioną do strzału podchodzi do kogoś ukrytego za rogiem. Wiele nie myśląc unoszę karabin do strzału i naciskam spust. Głuchy dźwięk strzału rozchodzi się echem po okolicznych alejkach miedzy kamieniczkami. Monoliciarz upada na jedno kolano i zaskoczony przykłada rękę do lewego boku. Zanim zdąża jakkolwiek zareagować, naciskam spust drugi raz, tym razem trafiając go w głowę. Ciało upada na ziemię, w powiększającą się powoli kałużę krwi. Odwieszam karabin na ramię, wyciągam G18 i powoli idę do przodu, zbliżając się do ciała. Za rogiem powinien znajdować się ranny - lub martwy - stalker. Wyglądam zza winkla, jednak nikogo nie widzę. Zdaje się, że będę musiał wyjść.
Powoli wychodzę zza rogu, trzymając pistolet w gotowości do strzału. Ślad krwi prowadzi do szopki kilka kroków dalej. Rozglądam się wokoło, po czym ruszam w stronę drewnianych, uchylonych drzwiczek. Nie mam szansy niczego zobaczyć, dopóki nie wystawię głowy zza drzwi - a tego wolałbym uniknąć. Zaszczuty, ranny i uzbrojony człowiek to niemal pewna strzelanina. Odzywam się, starając się brzmieć jak najbardziej przyjaźnie:
- Stalkerze, żyjesz?
W odpowiedzi słyszę tylko kaszlnięcie i charczący oddech. Postanawiam zaryzykować i wejść do środka, kiedy nagle potykam się o wystającą z ziemi cegłówkę. To, co następuje ułamek sekundy później jest już piekłem, którego nie mogłem przewidzieć.
Kiedy wystawiam do przodu nogę, żeby nie upaść, z lewej strony słyszę krótką serię z karabinu, a na mojej twarzy eksploduje ognisko bólu. Podświadomie wystawiam rękę z pistoletem w lewo i naciskam spust. Broń wypluwa z siebie kilka pocisków, jeden po drugim, a ja podpieram się ręką, żeby nie upaść. Nie sprawdzając nawet czy trafiłem napastnika, zrywam się do biegu i chowam się za rogiem budynku. Czuję, jak po twarzy cieknie mi krew, spływa po policzku i kapie z brody na ziemię. Do tego mam wrażenie, że słabo widzę. Zatrzymuję się parę uliczek dalej, chowając w ciasnej alejce między dwoma kamienicami. Ręką dotykam twarzy, żeby sprawdzić gdzie oberwałem kulą. Kiedy palcami schodzę poniżej czoła, blednę i rozszerzam jedno pozostałe oko z przerażenia.
Moje lewe oko!
Rozerwana powieka i brak gałki ocznej. Teraz nie pomoże już nawet kuracja u jajogłowych, przy specjalistycznej aparaturze. Cholera! Szlag! Zasłaniam dłonią lewy oczodół. Czuję, jak między palcami zaczyna przesączać mi się krew. Odkładam na chwilę pistolet, prawą ręką sięgam po opakowanie bandaży, zębami rozrywam opakowanie i przykładam tkaninę do oka. Przede wszystkim muszę zatamować krwawienie na kilka najbliższych minut, a po drugie zająć się tym, który mnie tak urządził. Potem będzie czas na pierwszą pomoc. Ponownie biorę do ręki pistolet i powoli ruszam tą samą drogą, którą przyszedłem. W głowie mi szumi i mam problem ze zogniskowaniem wzroku. Czuję, jak opatrunek powoli zaczyna przesiąkać krwią. Nie pora umartwiać się nad sobą - technicznie to tylko zadrapanie. W zasadzie gdybym nie potknął się pod tą szopką, kula prawdopodobnie przeszłaby przez moje płuca czy żołądek. Nie wiem, co gorsze.
Powoli idę przed siebie, starając jak najmniej skupiać się na bólu, powoli acz uparcie przebijającym się do mojej świadomości. Obracam głowę nieco w lewo, starając się jednym okiem ogarnąć pole widzenia przeznaczone dla obu gałek ocznych. Wychylam się ostrożnie zza rogu, sprawdzając gdzie mój napastnik. Zauważam, ze przed wejściem do szopki na plecach leży ciało - widocznie zarobił kulkę od rannego stalkera w szopie, kiedy postanowił sprawdzić ślad krwi. Wygląda na to, że ten też był z monolitu - kto mógł wiedzieć, że było ich czterech... Nie mam już czasu ani sił sprawdzać, czy zwierzyna jeszcze żyje. Przede wszystkim muszę zająć się raną. Siadam ciężko pod ścianą, sięgam po zestaw pierwszej pomocy z plecaka i zajmuję się raną. Szczęśliwie, rana przestała już krwawić - być może to rzeczywiście zasługa artefaktu, który leży w moim plecaku. Oczyszczam twarz spirytusem, zmywam krew z rąk i znów przykładam dłoń do pustego już oczodołu. Wstaję, zostawiając na chwilę plecak i podchodzę do świeżego trupa. Nie chcąc ryzykować kolejnej kuli z wnętrza szopy, chwytam więc denata za rękę i przyciągam do siebie. Nożem wycinam kawałek materiału z jego kamizelki, a z buta wysnuwam mu sznurówkę. Wracam na swoje miejsce i po kilku minutach zakładam stworzoną w ten sposób przepaskę. Brakuje mi tylko drewnianej nogi albo haka i będę mógł ogłosić się prawdziwym piratem. Uśmiecham się gorzko pod nosem, zakładam plecak i nieco niepewnym krokiem ruszam dalej na północ.
Kiedy wgryzam się w pieczywo i widelcem wyciągam z puszki kawałki ryby w oleju, zastanawiam się nad paroma rzeczami. Czy podróż do Sarkofagu rzeczywiście ma sens? Czy Monolit naprawdę może spełnić pragnienia człowieka? Pod wypływem impulsu wybrałem się w tą podróż, jednak z drugiej strony do mojej świadomości zaczynają powoli przesączać się wątpliwości. Owszem, tutaj w Zonie można zaobserwować wiele cudów i dziwów - anomalie, które według zasad fizyki nie mają prawa istnieć. Artefakty, których działanie stoi w sprzeczności z biologią znanych nam organizmów. Mutacje, zdające się drwić z logiki i zdrowego rozsądku. Jednak każda z tych rzeczy w jakiś sposób wiąże się ze znaną ludzkości wiedzą naukową - tyle, że przekracza jej normy, przebija czwartą ścianę i ląduje na sąsiednim parkingu. Tymczasem spełnianie życzeń... To już brzmi bardziej jak szarlatan telewizyjny czy inny opętany kaznodzieja - jest zupełnie oderwane od rzeczywistości. Nie opiera się na wiedzy naukowej, tylko czerpie z legend, mitów czy pobożnych życzeń. Przypomina bardziej baśnie o Kopciuszku czy Pinokio.
Z drugiej strony, czy to nie oznacza bycia stalkerem? Badanie tego, co nieznane, nieokreślone i nielogiczne? Ocenianie na własne oczy tego, co zobaczyli inni? Ryzykowanie życiem właśnie dla mitów, legend i bajek? Iluż to już łowców pod wpływem opowiadań przy ogniskach czy w Barze wybierało się w nowe miejsca, w poszukiwaniu nowych laboratoriów, nowych mutantów czy nowych artefaktów. Odpowiednio opowiedziana historia potrafi zachęcić wiele osób do podjęcia ryzyka. Tak było już z dziesiątkami stalkerów, tak samo jest teraz ze mną.
Człowiek, który przeżył więcej niż codzienny cykl jedzenie-praca-seks z niekochaną żoną-spanie zazwyczaj staje się sceptyczny. Został doświadczony i skopany przez życie, dlatego do wielu rzeczy podchodzi z nieufnością. Jednak nieufność nie wyklucza naiwności. Można być sceptycznym - jednak kiedy ktoś wmanewruje nas w swoją historię, z całej tej nieufności możemy uznać, że najlepiej, jeśli przekonamy się sami o tym, czy jest prawdziwa - puf! Naiwnie podążyliśmy za czyimś planem.
Klepię się po nieogolonych policzkach i wstaję. Za dużo abstrakcyjnych myśli. Pora odetchnąć świeżym powietrzem i nieco się otrząsnąć. Zarzucam na ramiona plecak, biorę w rękę M21 i schodzę po drabince na dół. Zbutwiałe drewno delikatnie trzeszczy pod moim ciężarem. Ponownie obserwuję perymetr, tym razem przez okno balkonowe. Nadal ani śladu nikogo - albo niczego - innego. Zamykam na chwilę oczy, skupiając się na otoczeniu, dźwiękach, zapachach i tym, co nieuchwytne podstawowymi pięcioma zmysłami.
Pusto.
Wygląda na to, że w pobliżu rzeczywiście nie czai się żadne niebezpieczeństwo. Otwieram drzwi balkonowe i spuszczam się w dół po balustradzie. Przecięta ręka nadal boli, ale mogę jej normalnie używać. Chowam się w rogu budynku, wyciągam z kieszeni kamizelki PDA i sprawdzam mapę. Gdzieś dalej na północ powinna być stara świetlica osiedlowa, na wschód od której ma ponoć kryć się przejście podziemne do szpitala za miasteczkiem. Przejście podziemne... Dopiero dociera do mnie fakt, że nie mam latarki. Fizycznie może i ją posiadam, jednak przecież w okolicach Jantaru uszkodziłem żarówkę. Przeklinam pod nosem swoją bezmyślność - zamiast kupić nowoczesną, z lampką ledową, ja od lat używam tej starej, radzieckiej latarki kieszonkowej, którą dostałem kiedyś od Mariny. Kolejny raz, kiedy okazuje się, że sentymentalność wychodzi mi bokiem. Wzruszam ramionami - martwieniem się i tak nic nie poradzę, a cofanie się z tego punktu nie ma już sensu. W ostateczności mogę zrobić żagiew, żeby jako tako oświetlić sobie drogę. Chwytam pewniej karabin, poprawiam pionówkę na ramieniu i ruszam w drogę.
Pod podeszwami ciężkich butów delikatnie szeleści przydeptywana trawa i chwasty. Niegdyś cementowe uliczki teraz są całe spękane i pokryte dziko rozrastającą się roślinnością. Nie jest to może piękny, soczyście zielony krajobraz, jednak mimo wszystko ma to w sobie jakiś urok. Ciekawe ile lat jeszcze musi upłynąć, żeby ściany budynków zaczęły się kruszyć, a asfaltowe drogi niknąć pod roślinnym dywanem. Jednak w końcu przyjdzie na to czas - a wtedy to miejsce straci cały swój urok na rzecz czegoś zupełnie nowego.
Idąc dalej przed siebie, słyszę unoszący się w powietrzu delikatny syk, nieco głośniejszy od uderzających o ziemię kropel deszczu. Rozglądam się wokoło i zauważam powód - malutki skwer kilka metrów na prawo wydaje się być pełen anomalii termicznych. Podchodzę bliżej i z satysfakcją podziwiam efekt, jaki prezentują - padający deszcz z powodu ogromnej temperatury wyparowuje z sykiem zanim nawet zdąży zbliżyć się do ziemi. Wygląda to tym lepiej im mocniejsze opady. Odwracam się i chcę ruszyć dalej, jednak nagle przypomina mi się jedna rzecz.
Chwytam karabin w jedną rękę i drugą wyciągam urządzenie z kieszonki przy pasie. Wciskam guzik odpowiedzialny za skanowanie terenu i z niemałą satysfakcją słyszę delikatne pikanie. Wnioskując z częstotliwości odgłosów, artefakt powinien znajdować się parę metrów na prawo, mniej więcej w pobliżu dwóch słupów gorącego powietrza bijącego z ziemi. Chowam urządzenie i ostrożnie stawiając kroki, manewruję pomiędzy anomaliami. Zbliżam się jeszcze odrobinę i widzę, jak w powietrzu zaczynają pojawiać się jakby zakłócenia, po czym moim oczom ukazuje się zdobycz - "oko", jeden z artefaktów termicznych. Jajogłowi płacą za niego dobry pieniądz - podobno wspomaga krzepnięcie krwi - jednak najlepszą forsę można za niego dostać u przesądnych stalkerów. Po całej Zonie krążą legendy, że "oko" przynosi szczęście każdemu, kto je posiada. Cóż, będę mieć okazję przekonać się samemu czy to prawda. Odwieszam karabin na ramię, sięgam do kieszeni na spodniach i wyciągam gumowe rękawicę. Zakładam je, po czym chwytam artefakt w ręce i powoli zbieram się do powrotu. Kilka ostrożnych kroków i zostawiam za sobą poletko anomalii. Na moment siadam na ziemi, ściągam plecak i chowam do środka artefakt. Ulotki z obozów naukowców zawsze nakazywały zachowywać odpowiednie środki ostrożności, czyli kupować specjalne ołowiane pojemniki do przechowywania artefaktów, po pięć tysięcy rubli sztuka, zniżka 20% przy zakupie pięciu. Stalkerzy dość szybko i jednogłośnie uznali, że to zwyczajna bzdura i próba wyzyskania jeszcze większej forsy.
Rozmyślania przerywa mi odgłos wystrzału, rozbrzmiewający echem między budynkami. Jedna kula, najpewniej z któregoś z radzieckich 5.45mm. Sądząc po głośności, nie dalej jak dwieście metrów. Zarzucam na ramiona plecak, doskakuję do najbliższego budynku i przywieram plecami do ściany. Dźwięk niosło mniej więcej z północy. Chwilę zastanawiam się, czy powinienem ruszyć dalej w drogę i nie zawracać sobie tym głowy, czy może jednak sprawdzić kto i dlaczego strzelał. Ostatecznie postanawiam to sprawdzić - wolałbym mieć czyste flanki podczas wędrówki przez miasteczko. Dodatkowo, może uda mi się załatwić latarkę czy choćby żarówkę do niej.
Truchtem przebiegam na drugą stronę ulicy i staję w rogu budynku. Sprawdzam otoczenie i ruszam dalej, przeskakując przez niski murek i porastające go krzaki. Wstaję z przykucu i ruszam dalej, pod przerdzewiałą, kutą bramę. Swego czasu musiała tu być spora anomalia, gdyż metalowe pręty są w nienaturalny i groteskowy sposób powyginane, niby skręcone w agonii. Ściągam z ramienia M21 i przechodzę przez pozostałości bramy. Wyglądam zza rogu, wypatrując ewentualnego niebezpieczeństwa. Odnoszę wrażenie, że za budynkiem kilkadziesiąt metrów dalej znika jakiś kształt. Po chwili słyszę drugi strzał i widzę, jak kula odłupuje kawał tynku ze ściany wspomnianego przed chwilą domu. Na prawo daje się słyszeć rozmowę:
- Twe oczy już nie są takie, jak dawniej, mentorze.
- Niechaj Monolit wybaczy mi mą słabość. Twoja kolej, mój uczniu - zakończ te łowy w mym imieniu.
Po chwili spomiędzy budynków wynurza się osoba odziana w lekki kombinezon i kamizelkę kuloodporną, z karabinkiem Kałasznikowa w rękach. Truchtem zmierza w stronę budynku, za którym wcześniej zniknął jego cel. Polowanie, co? Czyli monolit nadal siedzi w tych okolicach - najwidoczniej odpuścili tylko pilnowanie mostu i wycofali się w głąb miasteczka. Z ilości głosów wynikałoby, że jest ich tylko dwóch, jednak lepiej nie ryzykować. Czekam, aż "uczeń" zniknie za budynkiem, po czym sam wychodzę zza rogu i powoli zmierzam w stronę mentora. Odwieszam karabin na ramię i wyciągam z kabury na udzie Berettę - lepiej nie robić zbyt wiele hałasu. Idąc powoli przy ścianie zauważam, że z jednego z okien kamieniczki wystaje lufa karabinu. Czyli widocznie to tam się schowałeś. Podchodzę bliżej i słyszę mamrotanie dochodzące z wnętrza budynku. Zupełnie jak hezbollah - nie traf w niewiernego, cztery godziny klep zdrowaśki z przeprosinami do Allaha... Przechodzę niezauważony pod oknem, nadal czujnie zerkając w stronę, w którą poszedł drugi z fanatyków. Po chwili wchodzę ostrożnie do środka budynku i kieruję się do pomieszczenia po prawej, gdzie powinien znajdować się pierwszy z nich. Wyglądam zza połamanej i pogryzionej przez korniki oraz ząb czasu futryny. Istotnie, jeden monolitianin siedzi na kolanach z głową pochyloną do ziemi i mruczy pod nosem swoje mantry, a tymczasem drugi obserwuje teren przez lunetę karabinu wystawionego przez okno. Najciemniej pod latarnią, co? Szukaj ewentualnego niebezpieczeństwa w oddali, kiedy ono przechodzi ci pod samym nosem... Czy może raczej lufą. Wychylam się zza winkla i biorę na cel pierw tego przy oknie. Naciskam spust i zanim jego ciało z dziurą w czaszce upada na ziemię, drugim pociskiem trafiam imama. Dwa wystrzały dzięki tłumikowi robią niewiele więcej hałasu niż łuski upadające z brzękiem na ziemię. Na kuckach podchodzę do pierwszego ciała i sprawdzam jego wyposażenie. Nie ma w ogóle plecaka, a w kieszeniach kamizelki taktycznej chowa tylko kilka bandaży i dwa magazynki do CZki umocowanej na udzie. Zabieram opatrunki, zostawiając broń - nie ma potrzeby brać dodatkowego balastu, skoro już i tak niosę ze sobą wystarczającą ilość broni i amunicji. Drugi denat ma już nieco więcej wyposażenia - zabieram półtoralitrową butelkę nie otwartej jeszcze wody, dwie konserwy z gulaszem i zestaw pierwszej pomocy. Resztę niech rozdziobią kruki i wrony.
Przez moment zastanawiam się, co zrobić z trzecim monolitianinem, kiedy słyszę kolejne dwa strzały zza pobliskich budynków, oddane z pistoletu. Czyżby zwierzyna próbowała się bronić? Chwilę później ciszę rozrywa seria z rosyjskiego karabinu. Cóż, z racji, że żaden z obu denatów nie miał latarki... Ściągam ponownie z ramienia M21 i wychodzę z budynku, przebiegając szybko na drugą stronę ulicy. Przywieram plecami do ściany budynku. To wzbudza pewne wspomnienia... Obóz treningowy i szkolenie na wypadek konieczności walki w terenie miejskim.
Odrywam się od ściany i ruszam przed siebie z bronią uniesioną do ramienia, obserwując otoczenie przez awaryjne przyrządy celownicze na lunecie. Słyszę kolejne kilka wystrzałów z pistoletu, po których następuje seria z karabinu i przytłumiony krzyk. Pomiędzy budynkami przed sobą widzę, jak monolititanin z bronią podniesioną do strzału podchodzi do kogoś ukrytego za rogiem. Wiele nie myśląc unoszę karabin do strzału i naciskam spust. Głuchy dźwięk strzału rozchodzi się echem po okolicznych alejkach miedzy kamieniczkami. Monoliciarz upada na jedno kolano i zaskoczony przykłada rękę do lewego boku. Zanim zdąża jakkolwiek zareagować, naciskam spust drugi raz, tym razem trafiając go w głowę. Ciało upada na ziemię, w powiększającą się powoli kałużę krwi. Odwieszam karabin na ramię, wyciągam G18 i powoli idę do przodu, zbliżając się do ciała. Za rogiem powinien znajdować się ranny - lub martwy - stalker. Wyglądam zza winkla, jednak nikogo nie widzę. Zdaje się, że będę musiał wyjść.
Powoli wychodzę zza rogu, trzymając pistolet w gotowości do strzału. Ślad krwi prowadzi do szopki kilka kroków dalej. Rozglądam się wokoło, po czym ruszam w stronę drewnianych, uchylonych drzwiczek. Nie mam szansy niczego zobaczyć, dopóki nie wystawię głowy zza drzwi - a tego wolałbym uniknąć. Zaszczuty, ranny i uzbrojony człowiek to niemal pewna strzelanina. Odzywam się, starając się brzmieć jak najbardziej przyjaźnie:
- Stalkerze, żyjesz?
W odpowiedzi słyszę tylko kaszlnięcie i charczący oddech. Postanawiam zaryzykować i wejść do środka, kiedy nagle potykam się o wystającą z ziemi cegłówkę. To, co następuje ułamek sekundy później jest już piekłem, którego nie mogłem przewidzieć.
Kiedy wystawiam do przodu nogę, żeby nie upaść, z lewej strony słyszę krótką serię z karabinu, a na mojej twarzy eksploduje ognisko bólu. Podświadomie wystawiam rękę z pistoletem w lewo i naciskam spust. Broń wypluwa z siebie kilka pocisków, jeden po drugim, a ja podpieram się ręką, żeby nie upaść. Nie sprawdzając nawet czy trafiłem napastnika, zrywam się do biegu i chowam się za rogiem budynku. Czuję, jak po twarzy cieknie mi krew, spływa po policzku i kapie z brody na ziemię. Do tego mam wrażenie, że słabo widzę. Zatrzymuję się parę uliczek dalej, chowając w ciasnej alejce między dwoma kamienicami. Ręką dotykam twarzy, żeby sprawdzić gdzie oberwałem kulą. Kiedy palcami schodzę poniżej czoła, blednę i rozszerzam jedno pozostałe oko z przerażenia.
Moje lewe oko!
Rozerwana powieka i brak gałki ocznej. Teraz nie pomoże już nawet kuracja u jajogłowych, przy specjalistycznej aparaturze. Cholera! Szlag! Zasłaniam dłonią lewy oczodół. Czuję, jak między palcami zaczyna przesączać mi się krew. Odkładam na chwilę pistolet, prawą ręką sięgam po opakowanie bandaży, zębami rozrywam opakowanie i przykładam tkaninę do oka. Przede wszystkim muszę zatamować krwawienie na kilka najbliższych minut, a po drugie zająć się tym, który mnie tak urządził. Potem będzie czas na pierwszą pomoc. Ponownie biorę do ręki pistolet i powoli ruszam tą samą drogą, którą przyszedłem. W głowie mi szumi i mam problem ze zogniskowaniem wzroku. Czuję, jak opatrunek powoli zaczyna przesiąkać krwią. Nie pora umartwiać się nad sobą - technicznie to tylko zadrapanie. W zasadzie gdybym nie potknął się pod tą szopką, kula prawdopodobnie przeszłaby przez moje płuca czy żołądek. Nie wiem, co gorsze.
Powoli idę przed siebie, starając jak najmniej skupiać się na bólu, powoli acz uparcie przebijającym się do mojej świadomości. Obracam głowę nieco w lewo, starając się jednym okiem ogarnąć pole widzenia przeznaczone dla obu gałek ocznych. Wychylam się ostrożnie zza rogu, sprawdzając gdzie mój napastnik. Zauważam, ze przed wejściem do szopki na plecach leży ciało - widocznie zarobił kulkę od rannego stalkera w szopie, kiedy postanowił sprawdzić ślad krwi. Wygląda na to, że ten też był z monolitu - kto mógł wiedzieć, że było ich czterech... Nie mam już czasu ani sił sprawdzać, czy zwierzyna jeszcze żyje. Przede wszystkim muszę zająć się raną. Siadam ciężko pod ścianą, sięgam po zestaw pierwszej pomocy z plecaka i zajmuję się raną. Szczęśliwie, rana przestała już krwawić - być może to rzeczywiście zasługa artefaktu, który leży w moim plecaku. Oczyszczam twarz spirytusem, zmywam krew z rąk i znów przykładam dłoń do pustego już oczodołu. Wstaję, zostawiając na chwilę plecak i podchodzę do świeżego trupa. Nie chcąc ryzykować kolejnej kuli z wnętrza szopy, chwytam więc denata za rękę i przyciągam do siebie. Nożem wycinam kawałek materiału z jego kamizelki, a z buta wysnuwam mu sznurówkę. Wracam na swoje miejsce i po kilku minutach zakładam stworzoną w ten sposób przepaskę. Brakuje mi tylko drewnianej nogi albo haka i będę mógł ogłosić się prawdziwym piratem. Uśmiecham się gorzko pod nosem, zakładam plecak i nieco niepewnym krokiem ruszam dalej na północ.
Po raz kolejny w ciągu ostatniej godziny przykładam dłoń do lewego oka - a przynajmniej do miejsca w którym do niedawna się znajdowało. W zasadzie szczęście w nieszczęściu - pomijając kwestię tego, że straciłem "tylko" oko, zamiast życia, to gorzej by było, gdyby wypłynęło mi prawe. Teraz jestem nadal w stanie w miarę komfortowo celować z broni - ba, nie muszę nawet mrużyć drugiego. Inna rzecz, że niezbyt łatwo mi zogniskować wzrok i ocenić odległości - będę potrzebować paru dłuższych chwil, żeby się do tego przyzwyczaić.
Kilkadziesiąt minut wcześniej zażyłem leki przeciwbólowe. Zazwyczaj jestem przeciwko odurzaniu się środkami farmakologicznymi, jednak kiedy opadła adrenalina, ból zaczynał być nie do zniesienia - jakby lewa strona twarzy pulsowała mi żywym ogniem. Przez kilka kolejnych godzin tabletki powinny trzymać moje ciało w ryzach. Po tym czasie mogę tylko liczyć, że ból nie będzie już tak intesywny. Łykanie kolejnej i kolejnej wyszło by mi tylko na szkodę - organizm zacząłby szybko się przyzwyczajać i normalne dawki przestawały by działać.
Uśmiecham się pod nosem. Znaleziony wcześniej artefakt według legend miał przynosić szczęście - i rzeczywiście, miałem szczęście, że przeżyłem. Równie dobrze mogłem dostać kulkę w łeb... Inna sprawa, że gdyby nie jego działanie, straciłbym nieporównanie więcej krwi i teraz - poza bólem - zmagałbym się z okropnym osłabieniem organizmu. Rzeczywiście, szczęście w nieszczęściu... A może nieszczęście w szczęściu?
Odrywam rękę od przepaski na oku i chwytam ponownie karabin. Reszta drogi przebiegła spokojnie - w okolicy nie ma najwidoczniej wielu mutantów, a Monolit prawdopodobnie okupuje inne sektory. Szczęśliwie nie polegam i nigdy nie polegałem jako stalker li tylko na wzroku - gdybym tak robił, byłbym już dawno martwy. Każdy weteran uczy się wykorzystywać wszystkie zmysły do orientacji w Zonie. Nos wyczuwa podejrzane zapachy, uszy wychwytują najmniejsze zmiany w melodii otoczenia. Oczy czujnie obserwują teren wokoło, a niejednokrotnie pojawiający się w ustach metaliczny posmak ostrzega przed promieniowaniem czy zbliżającą się emisją. Stające na sztorc włosy na rękach czy gęsia skórka nieraz informują o bliskości różnorakich anomalii. Niektórzy łowcy mogą nawet zdać się na szósty zmysł, którego nie można porównać do pięciu poprzednich - powstająca więź z Zoną, jak wielu to nazywa.
Dzięki temu nie muszę się aż tak bardzo przejmować częściową utratą wzroku. Powinienem być w stanie poradzić sobie niewiele gorzej, niż wcześniej. Naturalnie będę musiał być jeszcze bardziej ostrożny, przynajmniej dopóki nie przywyknę na dobre do aktualnego stanu rzeczy...
Parskam pod nosem. Od kiedy to zacząłem się poklepywać po plecach dla otuchy? Chyba się starzeję... Odganiam od siebie rozmyślania i wyciągam na moment PDA z włączoną mapą okolicy. Wygląda na to, że powinienem być zaraz obok przejścia podziemnego. Spoglądam przed siebie - za niewielką kamieniczką z czerwonej cegły ma znajdować się spory plac zabaw, na terenie którego umieszczono zejście. Chowam urządzenie do kieszeni i ruszam dalej. Nadal nie mam przy sobie źródła światła, ale znalezienie kilku starych szmat i kawałka drewna, tudzież metalowej rurki, nie powinno być problemem.
Zbliżam się ostrożnie do budynku. Obchodzę go wokoło, spoglądając co jakiś czas w okna na parterze i wytężając słuch. Wygląda na to, że nikt nie ukrywa się w pomieszczeniach kamieniczki. Dodatkowo, będę musiał dostać się do środka, bo podwórze jest otoczone murami. Podchodzę do bramy prowadzącej do wnętrza. Niegdyś metalowe okucia i solidne, drewniane belki robiły wrażenie, jednak dziś wyglądają, jakby lada chwila miały runąć. Korniki, wilgoć i warunki atmosferyczne przez ostatnie lata pracowały usilnie nad pokazaniem dziełu ludzkiemu, że nie ma najmniejszych szans. Przeciskam się pomiędzy lekko rozchylonymi skrzydłami, starając się uniknąć konieczności poruszenia ich - nie dość, że hałas prawdopodobnie sprowadziłby tu całą okolicę, to dodatkowo nie ma żadnej gwarancji że nie wywróciły by się w trakcie.
Po paru chwilach jestem już w środku. Po lewej i prawej stronie mam kilka schodków i drzwi prowadzące na klatki schodowe, a dalej przed sobą kolejną - otwartą tym razem - bramę prowadzącą na plac zabaw. Przechodzę przez nią i staję na środku podwórza. Z prawa i z lewa spoglądają na mnie niemo okna kamienicy, niby audytorium w rzymskim teatrze. Po lewej stronie mieszczą się zejścia do piwnic - świadczą o tym maleńkie okienka na poziomie gruntu - a bardziej do przodu i po prawej znajdują się metalowe drzwi do przejścia podziemnego. Na placu z kolei rozmieszczono huśtawki, piaskownicę i drewniane koniki na sprężynach. Swego czasu musiało być tu rzeczywiście gwarno podczas leniwych dni. Matki w domach przygotowywały obiad w oczekiwaniu na mężów i ojców, mających wrócić z pracy w elektrowni czy laboratoriach, a w międzyczasie dzieci rozrabiały na podwórzu. Oczyma wyobraźni niemalże jestem w stanie zobaczyć rozgrywające się tu wiele lat temu sceny z codziennego życia mieszkańców.
Odganiam od siebie rozmyślania - od paru chwil mam nieodparte wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Nie mam pojęcia kto, skąd oraz z jakimi zamiarami. Umiem tylko określić sam fakt. Cicho stawiając kroki podchodzę do metalowych drzwi po prawej stronie podwórza. Oba skrzydła łączy solidna kłódka, jednak bez większych problemów powinienem przestrzelić ją kulą z M21. Niewygodne może być jedynie narobienie w ten sposób hałasu. Po chwili słyszę za sobą... Nie, to zły dobór słów. Wyczuwam za sobą kogoś, kto stara się poruszać bardzo cicho - tak bardzo, że moje uszy aż krzyczą "uwaga, zbyt cicho się zbliża!". Momentalnie odwracam się do tyłu, unosząc w międzyczasie karabin w gotowości do strzału. Naprzeciwko stoi niewysoki, szczupły mężczyzna, celujący we mnie z TTki. Ciemne włosy, śniada skóra, orzechowe oczy, odziany w lekki kombinezon, na plecach mający zawieszony jakiś karabin starego typu. Przez dłuższą chwilę spoglądamy na siebie w milczeniu, stojąc oddaleni na nie więcej jak trzy metry, aż ten w końcu odzywa się:
- Spoko przepaska, stalkerze.
Marszczę brwi i nadal trzymając karabin w pogotowiu, odpowiadam:
- To jakieś nowe powitanie w Zonie? Zakradać się z bronią, żeby stwierdzać zupełnie banalny fakt?
Mężczyzna w tym momencie robi coś, czego nigdy bym się nie spodziewał. Czy może raczej - nigdy nie spodziewałbym się w miejscu, jak to. Wybucha szczerym śmiechem, po czym chowa pistolet do kabury i - nie zwracając uwagi na to, że nadal do niego celuję - odzywa się:
- Wybacz, ciapku, ale tutaj nigdy nie można być pewnym drugiej osoby.
Unoszę jedną brew w zdumieniu i odzywam się:
- Cia... Co, proszę?
Stalker drapie się po głowie i robi zakłopotaną minę. Po chwili uśmiecha się niewinnie i odpowiada:
- Hee... Wybacz, taki mój zwyczaj... Niegdyś nauczyłem się wołać na pojazdy z jednym działającym reflektorem "ciapek", więc w sumie jakoś tak uznałem w potrzebie chwili, że do ciebie też będzie to pasować... Nie miej mi za złe, co?
Po tych słowach wyciąga rękę w moją stronę. O ile naprawdę niewiele rzeczy jest w stanie mnie zaskoczyć, o tyle ten... ewenement w postaci stojącego przede mną łowcy totalnie wybija mnie z równowagi. Nie wiem zupełnie co odpowiedzieć. Opuszczam broń i podaję mężczyźnie dłoń. Atak, którego się spodziewałem, wcale nie nadchodzi. Jego uścisk jest mocny i szczery. Wyszczerza zęby w uśmiechu i odzywa się ponownie:
- Coś małomówny jesteś, stalkerze... No, w sumie nie mogę ci mieć tego za złe - tu każdy mało gada, a więcej obserwuje, nie? Heee, jak to mówią, "milczenie jest złotem", tja.
Wzdycham cicho pod nosem i odzywam się:
- Że tak spytam wprost... Coś ode mnie chciałeś?
Nie chce mi się wierzyć, że głęboko na terytorium wroga można natrafić na łowcę, który zwyczajnie chce porozmawiać o okolicy oraz pogodzie. Wprawdzie wielu z nas po jakimś czasie tego wyobcowania zaczyna brakować relacji międzyludzkich, jednak praktycznie każdy, kto chce tu przeżyć, ogranicza się do rozmów w bezpiecznych strefach. Poza tym, w większości i tak wyglądają one jak oficjalna wymiana informacji - mało kto odważy się porozmawiać z innym szczerze, z obawy, że może to zostać użyte przeciwko niemu. Stąd też moja uzasadniona i logiczna nieufność. Cały czas stoję spięty, w gotowości do sięgnięcia po pistolet czy nóż. Mężczyzna po chwili odpowiada:
- Eeh, nieufny jak i wszyscy, co? W sumie nic dziwnego - pieprzony Limańsk, zapomniana przez każdego kamienica, a tu nagle SRU!, spotykasz rozgadanego stalkera, hehe.
Zaczyna mnie to irytować. Jestem przyzwyczajony, że tu każda rozmowa odbywa się według modelu "bezpośrednie pytanie - krótka odpowiedź". Tymczasem stoję naprzeciwko cholernego bajdura, który sprawia wrażenie, jakby zwyczajnie drwił sobie ze mnie. Zanim jednak cokolwiek z tym robię, stalker kontynuuje:
- Powiem ci, jak sprawa się ma. Czy mi uwierzysz, to już mi wisi i powiewa koło pyty, kolego drogi. Otóż, zajmuję się szukaniem rzeczy pozostawionych przez mieszkańców, kiedy stąd uciekali. Pewnie o tym słyszałeś?
Powoli potakuję głową. Owszem, słyszałem. Dobrze wiem, że Sid czy inni handlarze potrafią zapłacić dobry pieniądz za stare pocztówki, pamiętniki, zdjęcia czy inne rzeczy należące niegdyś do kogoś innego. Sam niejednokrotnie sprzedawałem taki towar. Inna sprawa, że pierwszy raz spotykam się z kimś, kto zajmuje się "połowem" na czerwonym terytorium. To daje dwie możliwości - ryzykowny monopol, albo...
- Słyszałem... Zawędrowałeś wyjątkowo daleko od domu, co?
Mężczyzna uśmiecha się, wzrusza ramionami i odpowiada:
- Źródełka zaczynają wysychać, ciapku... Więc wolę być pierwszym, który rozezna się w terenie i spije całą śmietankę, rozumiesz jak jest.
Wytarczy mi jedno spojrzenie w jego oczy i już wszystko rozumiem. Błyskawicznie stawiam krok do tyłu, w międzyczasie chwytając za Berettę i oddaję dwa bezgłośne strzały w jego nogi. Trafiam go jedną kulą, nieco poniżej lewego kolana. Chwyta się za zranioną kończynę i upada na ziemię. Spogląda na mnie pełnym wyrzutu wzrokiem i otwiera usta, żeby coś powiedzieć, jednak uciszam go, kierując lufę w stronę jego głowy. Odzywam się:
- Całkiem składna bajeczka, muszę przyznać. Mógłbyś oszukać niejednego... Ale nie mnie.
Nadal trzymając się za nogę, mężczyzna zaciska usta i spogląda gdzieś w bok. W międzyczasie ja kontynuuję monolog:
- Dobra taktyka, zagadać kogoś, aż pojawią się kumple... I pewnie dlatego od razu mnie nie zastrzeliłeś, co? Po co zabić frajera, skoro można go puścić i skroić ponownie za tydzień czy dwa.
Spoglądam na mężczyznę, który wodzi wściekłym wzrokiem gdzieś po okolicznych oknach oraz bruku. Mówię dalej:
- Ciekawi mnie w zasadzie co grupa pasożytów robi w czerwonej strefie, jednak mogę to sobie sam dośpiewać. Tak więc, żegnam.
Naciskam dwukrotnie spust, trafiając stalkera w głowę. Na jego czole wykwitają dwie czerwone punkty. Ciało z głuchym odgłosem upada do tyłu na ziemię. Chowam broń do kabury na udzie i rozglądam się czujnie wokoło. Cisza. Widocznie jeszcze mam chwilę czasu. Kucam przy zwłokach i przeszukuję kieszenie oraz plecak mężczyzny. Znajduję kilka przydatnych rzeczy, między innymi latarkę oraz zapalniczkę. Idealnie, będę mógł przebierać jak w ulęgałkach. Znajduję także portfel oraz granat M-67. Po chwili namysłu zabieram także sznurówki z butów denata. Resztę pozostawiam - nie ma sensu niepotrzebnie się obciążać. Wstaję i podchodzę do stalowych drzwi za plecami. Podnoszę karabin i celuję w kłódkę. Pora zejść pod ziemię.
Kilkadziesiąt minut wcześniej zażyłem leki przeciwbólowe. Zazwyczaj jestem przeciwko odurzaniu się środkami farmakologicznymi, jednak kiedy opadła adrenalina, ból zaczynał być nie do zniesienia - jakby lewa strona twarzy pulsowała mi żywym ogniem. Przez kilka kolejnych godzin tabletki powinny trzymać moje ciało w ryzach. Po tym czasie mogę tylko liczyć, że ból nie będzie już tak intesywny. Łykanie kolejnej i kolejnej wyszło by mi tylko na szkodę - organizm zacząłby szybko się przyzwyczajać i normalne dawki przestawały by działać.
Uśmiecham się pod nosem. Znaleziony wcześniej artefakt według legend miał przynosić szczęście - i rzeczywiście, miałem szczęście, że przeżyłem. Równie dobrze mogłem dostać kulkę w łeb... Inna sprawa, że gdyby nie jego działanie, straciłbym nieporównanie więcej krwi i teraz - poza bólem - zmagałbym się z okropnym osłabieniem organizmu. Rzeczywiście, szczęście w nieszczęściu... A może nieszczęście w szczęściu?
Odrywam rękę od przepaski na oku i chwytam ponownie karabin. Reszta drogi przebiegła spokojnie - w okolicy nie ma najwidoczniej wielu mutantów, a Monolit prawdopodobnie okupuje inne sektory. Szczęśliwie nie polegam i nigdy nie polegałem jako stalker li tylko na wzroku - gdybym tak robił, byłbym już dawno martwy. Każdy weteran uczy się wykorzystywać wszystkie zmysły do orientacji w Zonie. Nos wyczuwa podejrzane zapachy, uszy wychwytują najmniejsze zmiany w melodii otoczenia. Oczy czujnie obserwują teren wokoło, a niejednokrotnie pojawiający się w ustach metaliczny posmak ostrzega przed promieniowaniem czy zbliżającą się emisją. Stające na sztorc włosy na rękach czy gęsia skórka nieraz informują o bliskości różnorakich anomalii. Niektórzy łowcy mogą nawet zdać się na szósty zmysł, którego nie można porównać do pięciu poprzednich - powstająca więź z Zoną, jak wielu to nazywa.
Dzięki temu nie muszę się aż tak bardzo przejmować częściową utratą wzroku. Powinienem być w stanie poradzić sobie niewiele gorzej, niż wcześniej. Naturalnie będę musiał być jeszcze bardziej ostrożny, przynajmniej dopóki nie przywyknę na dobre do aktualnego stanu rzeczy...
Parskam pod nosem. Od kiedy to zacząłem się poklepywać po plecach dla otuchy? Chyba się starzeję... Odganiam od siebie rozmyślania i wyciągam na moment PDA z włączoną mapą okolicy. Wygląda na to, że powinienem być zaraz obok przejścia podziemnego. Spoglądam przed siebie - za niewielką kamieniczką z czerwonej cegły ma znajdować się spory plac zabaw, na terenie którego umieszczono zejście. Chowam urządzenie do kieszeni i ruszam dalej. Nadal nie mam przy sobie źródła światła, ale znalezienie kilku starych szmat i kawałka drewna, tudzież metalowej rurki, nie powinno być problemem.
Zbliżam się ostrożnie do budynku. Obchodzę go wokoło, spoglądając co jakiś czas w okna na parterze i wytężając słuch. Wygląda na to, że nikt nie ukrywa się w pomieszczeniach kamieniczki. Dodatkowo, będę musiał dostać się do środka, bo podwórze jest otoczone murami. Podchodzę do bramy prowadzącej do wnętrza. Niegdyś metalowe okucia i solidne, drewniane belki robiły wrażenie, jednak dziś wyglądają, jakby lada chwila miały runąć. Korniki, wilgoć i warunki atmosferyczne przez ostatnie lata pracowały usilnie nad pokazaniem dziełu ludzkiemu, że nie ma najmniejszych szans. Przeciskam się pomiędzy lekko rozchylonymi skrzydłami, starając się uniknąć konieczności poruszenia ich - nie dość, że hałas prawdopodobnie sprowadziłby tu całą okolicę, to dodatkowo nie ma żadnej gwarancji że nie wywróciły by się w trakcie.
Po paru chwilach jestem już w środku. Po lewej i prawej stronie mam kilka schodków i drzwi prowadzące na klatki schodowe, a dalej przed sobą kolejną - otwartą tym razem - bramę prowadzącą na plac zabaw. Przechodzę przez nią i staję na środku podwórza. Z prawa i z lewa spoglądają na mnie niemo okna kamienicy, niby audytorium w rzymskim teatrze. Po lewej stronie mieszczą się zejścia do piwnic - świadczą o tym maleńkie okienka na poziomie gruntu - a bardziej do przodu i po prawej znajdują się metalowe drzwi do przejścia podziemnego. Na placu z kolei rozmieszczono huśtawki, piaskownicę i drewniane koniki na sprężynach. Swego czasu musiało być tu rzeczywiście gwarno podczas leniwych dni. Matki w domach przygotowywały obiad w oczekiwaniu na mężów i ojców, mających wrócić z pracy w elektrowni czy laboratoriach, a w międzyczasie dzieci rozrabiały na podwórzu. Oczyma wyobraźni niemalże jestem w stanie zobaczyć rozgrywające się tu wiele lat temu sceny z codziennego życia mieszkańców.
Odganiam od siebie rozmyślania - od paru chwil mam nieodparte wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Nie mam pojęcia kto, skąd oraz z jakimi zamiarami. Umiem tylko określić sam fakt. Cicho stawiając kroki podchodzę do metalowych drzwi po prawej stronie podwórza. Oba skrzydła łączy solidna kłódka, jednak bez większych problemów powinienem przestrzelić ją kulą z M21. Niewygodne może być jedynie narobienie w ten sposób hałasu. Po chwili słyszę za sobą... Nie, to zły dobór słów. Wyczuwam za sobą kogoś, kto stara się poruszać bardzo cicho - tak bardzo, że moje uszy aż krzyczą "uwaga, zbyt cicho się zbliża!". Momentalnie odwracam się do tyłu, unosząc w międzyczasie karabin w gotowości do strzału. Naprzeciwko stoi niewysoki, szczupły mężczyzna, celujący we mnie z TTki. Ciemne włosy, śniada skóra, orzechowe oczy, odziany w lekki kombinezon, na plecach mający zawieszony jakiś karabin starego typu. Przez dłuższą chwilę spoglądamy na siebie w milczeniu, stojąc oddaleni na nie więcej jak trzy metry, aż ten w końcu odzywa się:
- Spoko przepaska, stalkerze.
Marszczę brwi i nadal trzymając karabin w pogotowiu, odpowiadam:
- To jakieś nowe powitanie w Zonie? Zakradać się z bronią, żeby stwierdzać zupełnie banalny fakt?
Mężczyzna w tym momencie robi coś, czego nigdy bym się nie spodziewał. Czy może raczej - nigdy nie spodziewałbym się w miejscu, jak to. Wybucha szczerym śmiechem, po czym chowa pistolet do kabury i - nie zwracając uwagi na to, że nadal do niego celuję - odzywa się:
- Wybacz, ciapku, ale tutaj nigdy nie można być pewnym drugiej osoby.
Unoszę jedną brew w zdumieniu i odzywam się:
- Cia... Co, proszę?
Stalker drapie się po głowie i robi zakłopotaną minę. Po chwili uśmiecha się niewinnie i odpowiada:
- Hee... Wybacz, taki mój zwyczaj... Niegdyś nauczyłem się wołać na pojazdy z jednym działającym reflektorem "ciapek", więc w sumie jakoś tak uznałem w potrzebie chwili, że do ciebie też będzie to pasować... Nie miej mi za złe, co?
Po tych słowach wyciąga rękę w moją stronę. O ile naprawdę niewiele rzeczy jest w stanie mnie zaskoczyć, o tyle ten... ewenement w postaci stojącego przede mną łowcy totalnie wybija mnie z równowagi. Nie wiem zupełnie co odpowiedzieć. Opuszczam broń i podaję mężczyźnie dłoń. Atak, którego się spodziewałem, wcale nie nadchodzi. Jego uścisk jest mocny i szczery. Wyszczerza zęby w uśmiechu i odzywa się ponownie:
- Coś małomówny jesteś, stalkerze... No, w sumie nie mogę ci mieć tego za złe - tu każdy mało gada, a więcej obserwuje, nie? Heee, jak to mówią, "milczenie jest złotem", tja.
Wzdycham cicho pod nosem i odzywam się:
- Że tak spytam wprost... Coś ode mnie chciałeś?
Nie chce mi się wierzyć, że głęboko na terytorium wroga można natrafić na łowcę, który zwyczajnie chce porozmawiać o okolicy oraz pogodzie. Wprawdzie wielu z nas po jakimś czasie tego wyobcowania zaczyna brakować relacji międzyludzkich, jednak praktycznie każdy, kto chce tu przeżyć, ogranicza się do rozmów w bezpiecznych strefach. Poza tym, w większości i tak wyglądają one jak oficjalna wymiana informacji - mało kto odważy się porozmawiać z innym szczerze, z obawy, że może to zostać użyte przeciwko niemu. Stąd też moja uzasadniona i logiczna nieufność. Cały czas stoję spięty, w gotowości do sięgnięcia po pistolet czy nóż. Mężczyzna po chwili odpowiada:
- Eeh, nieufny jak i wszyscy, co? W sumie nic dziwnego - pieprzony Limańsk, zapomniana przez każdego kamienica, a tu nagle SRU!, spotykasz rozgadanego stalkera, hehe.
Zaczyna mnie to irytować. Jestem przyzwyczajony, że tu każda rozmowa odbywa się według modelu "bezpośrednie pytanie - krótka odpowiedź". Tymczasem stoję naprzeciwko cholernego bajdura, który sprawia wrażenie, jakby zwyczajnie drwił sobie ze mnie. Zanim jednak cokolwiek z tym robię, stalker kontynuuje:
- Powiem ci, jak sprawa się ma. Czy mi uwierzysz, to już mi wisi i powiewa koło pyty, kolego drogi. Otóż, zajmuję się szukaniem rzeczy pozostawionych przez mieszkańców, kiedy stąd uciekali. Pewnie o tym słyszałeś?
Powoli potakuję głową. Owszem, słyszałem. Dobrze wiem, że Sid czy inni handlarze potrafią zapłacić dobry pieniądz za stare pocztówki, pamiętniki, zdjęcia czy inne rzeczy należące niegdyś do kogoś innego. Sam niejednokrotnie sprzedawałem taki towar. Inna sprawa, że pierwszy raz spotykam się z kimś, kto zajmuje się "połowem" na czerwonym terytorium. To daje dwie możliwości - ryzykowny monopol, albo...
- Słyszałem... Zawędrowałeś wyjątkowo daleko od domu, co?
Mężczyzna uśmiecha się, wzrusza ramionami i odpowiada:
- Źródełka zaczynają wysychać, ciapku... Więc wolę być pierwszym, który rozezna się w terenie i spije całą śmietankę, rozumiesz jak jest.
Wytarczy mi jedno spojrzenie w jego oczy i już wszystko rozumiem. Błyskawicznie stawiam krok do tyłu, w międzyczasie chwytając za Berettę i oddaję dwa bezgłośne strzały w jego nogi. Trafiam go jedną kulą, nieco poniżej lewego kolana. Chwyta się za zranioną kończynę i upada na ziemię. Spogląda na mnie pełnym wyrzutu wzrokiem i otwiera usta, żeby coś powiedzieć, jednak uciszam go, kierując lufę w stronę jego głowy. Odzywam się:
- Całkiem składna bajeczka, muszę przyznać. Mógłbyś oszukać niejednego... Ale nie mnie.
Nadal trzymając się za nogę, mężczyzna zaciska usta i spogląda gdzieś w bok. W międzyczasie ja kontynuuję monolog:
- Dobra taktyka, zagadać kogoś, aż pojawią się kumple... I pewnie dlatego od razu mnie nie zastrzeliłeś, co? Po co zabić frajera, skoro można go puścić i skroić ponownie za tydzień czy dwa.
Spoglądam na mężczyznę, który wodzi wściekłym wzrokiem gdzieś po okolicznych oknach oraz bruku. Mówię dalej:
- Ciekawi mnie w zasadzie co grupa pasożytów robi w czerwonej strefie, jednak mogę to sobie sam dośpiewać. Tak więc, żegnam.
Naciskam dwukrotnie spust, trafiając stalkera w głowę. Na jego czole wykwitają dwie czerwone punkty. Ciało z głuchym odgłosem upada do tyłu na ziemię. Chowam broń do kabury na udzie i rozglądam się czujnie wokoło. Cisza. Widocznie jeszcze mam chwilę czasu. Kucam przy zwłokach i przeszukuję kieszenie oraz plecak mężczyzny. Znajduję kilka przydatnych rzeczy, między innymi latarkę oraz zapalniczkę. Idealnie, będę mógł przebierać jak w ulęgałkach. Znajduję także portfel oraz granat M-67. Po chwili namysłu zabieram także sznurówki z butów denata. Resztę pozostawiam - nie ma sensu niepotrzebnie się obciążać. Wstaję i podchodzę do stalowych drzwi za plecami. Podnoszę karabin i celuję w kłódkę. Pora zejść pod ziemię.
A czy TY już przeczytałeś i oceniłeś moją twórczość?
"Samotność w Zonie" - nadal kontynuowana.
"Dawno temu w Zonie" - tylko dla weteranów forum.
"Za późno" - czerwona część cyklu "Kolory Zony"
"Akurat o czasie" - biała część cyklu "Kolory Zony"
"Za wcześnie" - niebieska część cyklu "Kolory Zony"
"Pęknięte Zwierciadło" - mini-cykl o Zonie w wersji noir
"Samotność w Zonie" - nadal kontynuowana.
"Dawno temu w Zonie" - tylko dla weteranów forum.
"Za późno" - czerwona część cyklu "Kolory Zony"
"Akurat o czasie" - biała część cyklu "Kolory Zony"
"Za wcześnie" - niebieska część cyklu "Kolory Zony"
"Pęknięte Zwierciadło" - mini-cykl o Zonie w wersji noir
Postawili kozaka za ten post (4):
Jak dla mnie czyta się miło, fajnie i przyjemnie. Czeka ma kontynuację 
Ryzen 5600x || 32gb DDR4 || RTX 2080 Super
Wszystko ładnie pięknie ale czegoś brakuje, jest to sucha relacja a powinna bardziej trzymać w napięciu, zbliżająca się emisja powinna przyprawiać o dreszcze, wzbudzać straszne wspomnienia, bądź opis zjawisk zwiastujących nadejście emisji przyprawiał by o dreszcze. Brakuje też opisu stanu emocjonalnego bohatera, przebywając w Zonie nie byłby na pewno taki spokojny szczególnie podróżując sam . Gdzie serce podchodzące do gardła i strach w oczach, naprawdę przydało by się.
Zdobywanie kasy, prowiantu, podróżowanie po Zonie i znajdowaniu miejsca na nocleg, zajmowało by większość czasu dla naszego bohatera. Pamiętaj jednak, że życie w tak trudnych warunkach nastręcza wielu problemów, które przydało by się opisać, trzeba w końcu, myć się, jeść i srać a wokół mutanty , anomalie i bandyci.
To takie moje życzenia
zresztą sam pomysł bardzo mi się podoba, trzeba tyko tchnąć w to trochę życia 
Zdobywanie kasy, prowiantu, podróżowanie po Zonie i znajdowaniu miejsca na nocleg, zajmowało by większość czasu dla naszego bohatera. Pamiętaj jednak, że życie w tak trudnych warunkach nastręcza wielu problemów, które przydało by się opisać, trzeba w końcu, myć się, jeść i srać a wokół mutanty , anomalie i bandyci.
To takie moje życzenia
Postawili kozaka za ten post (1):
Jak dla mnie bardzo udana etiuda. Podoba mi się to, że nie wiemy, z kim mamy do czynienia, że jest to wyimek z poranka stalkera, którym może być każdy. Lubię w literaturze pojęcie Everymana, każdy może odnaleźć w nim siebie.
Ładne i poetyckie, zwłaszcza opis krajobrazu, słyszy się, jak woda kapie.
Małe wady też są, żeby nie było za dobrze, jak dla mnie zdania są za długie. Pocięłabym je na kilka krótszych, wtedy mają większą siłę wyrazu. Uważaj też na interpunkcję, bo brakuje przecinków.
Generalnie jest naprawdę dobrze.
Ładne i poetyckie, zwłaszcza opis krajobrazu, słyszy się, jak woda kapie.
Małe wady też są, żeby nie było za dobrze, jak dla mnie zdania są za długie. Pocięłabym je na kilka krótszych, wtedy mają większą siłę wyrazu. Uważaj też na interpunkcję, bo brakuje przecinków.
Generalnie jest naprawdę dobrze.
Miło wiedzieć, że się wam podoba
Podczas pisania tego opowiadania przyświecał mi właśnie taki cel, żeby było takie zimne i surowe, ale dzięki temu każdy może zapełnić luki swoją wyobraźnią - nie chciałem wszystkiego podawać jak na tacy. Teraz kolejna część - jak zauważycie jakieś błędy, dawajcie znać, postaram się poprawić, jeśli będzie potrzeba. Co do budowania długich zdań - wiem, to moja bolączka
Zdania megawielokrotnie złożone, poskładane, a do tego posklejane z innymi długaśnymi zdaniami
No nic, miłego czytania 
A czy TY już przeczytałeś i oceniłeś moją twórczość?
"Samotność w Zonie" - nadal kontynuowana.
"Dawno temu w Zonie" - tylko dla weteranów forum.
"Za późno" - czerwona część cyklu "Kolory Zony"
"Akurat o czasie" - biała część cyklu "Kolory Zony"
"Za wcześnie" - niebieska część cyklu "Kolory Zony"
"Pęknięte Zwierciadło" - mini-cykl o Zonie w wersji noir
"Samotność w Zonie" - nadal kontynuowana.
"Dawno temu w Zonie" - tylko dla weteranów forum.
"Za późno" - czerwona część cyklu "Kolory Zony"
"Akurat o czasie" - biała część cyklu "Kolory Zony"
"Za wcześnie" - niebieska część cyklu "Kolory Zony"
"Pęknięte Zwierciadło" - mini-cykl o Zonie w wersji noir
Postawili kozaka za ten post (4):
Wiedziałeś, że nie będę sobie mogła odmówić przyjemności skomentowania tego opowiadania już w chwili, gdy pochwaliłeś mi się rozpoczęciem pracy, prawda? No to się doczekałeś.
W sumie... Nie jest źle. Nie jest źle. Nie będę się na razie zbyt obszernie wypowiadała na temat założeń fabularnych i przebiegu tejże, bo na to jeszcze odrobinę za wcześnie (czymże dwie części wobec całości, nie?), ale na razie powiem, że mi się podoba.
I nie zgodzę się z duty w pewnej kwestii, mianowicie:
Ja powiem tak: w tekstach dłuższych niż oneshoty (znaczy się, jednoczęściowe opowiadanko bez planów na kontynuowanie go) nie trzeba od razu i na samym początku wrzucać Narracyjnego Bach. Ale to w sumie zależy od gustu; ktoś lubi, jak się go od razu wrzuca na głęboką wodę, ktoś woli, jak akcja rozwija się powoli. I, tak, pamiętam, że marcelowi pisałam co innego - że część pierwsza trochę mdło się kończy - ale to inne opowiadanie i inna sprawa. Tutaj akurat mój instynkt mówi mi, że Narracyjnego Bach nie potrzeba aż tak bardzo.
Nie będę się, wyjątkowo, czepiała rozpisywania pewnych fragmentów, bo moim zdaniem opisy są jak w sam raz. Nie za długie, nie za krótkie. Ale nie wiem, nie zabieram się za komentowanie jak za betę, nie czytam x razy żeby wyłapać wszystkie niedociągnięcia, czy to merytoryczne, czy ortograficzne, więc mogło mi coś po prostu umknąć.
Za to tradycyjnie przyczepię się do pauz i półpauz. Ja rozumiem, Worda się włączać nie chce, no ale tak ładniej jest... Estetyczniej... *babskie marudzenie* A skoro już jesteśmy przy czepianiu się, dorzucę jeszcze kilka rzeczy z tej kategorii. W kilku miejscach przecinków albo brakowało, albo były źle postawione. Gdzieniegdzie należałoby zmienić szyk zdania, żeby "płynniej" się przez nie przechodziło. Znalazł się chyba nawet jeden (ew. dwa) błąd logiczny. No i rzucił mi się w oczy taki fragment:
Próbowałam, naprawdę próbowałam, i nie mogłam się dopatrzeć dokończenia tej myśli. Czy, czy, ale czy co? Hm? Wtrącenie wtrąceniem ("To dość smutne" i dalej), ale jednak należałoby by to jakoś pociągnąć i skończyć, skoro się zaczęło.
Tak mi się wydaje, że to już wszystko. No cóż.
W sumie... Nie jest źle. Nie jest źle. Nie będę się na razie zbyt obszernie wypowiadała na temat założeń fabularnych i przebiegu tejże, bo na to jeszcze odrobinę za wcześnie (czymże dwie części wobec całości, nie?), ale na razie powiem, że mi się podoba.
I nie zgodzę się z duty w pewnej kwestii, mianowicie:
duty pisze:Wszystko ładnie pięknie ale czegoś brakuje, jest to sucha relacja a powinna bardziej trzymać w napięciu, zbliżająca się emisja powinna przyprawiać o dreszcze, wzbudzać straszne wspomnienia, bądź opis zjawisk zwiastujących nadejście emisji przyprawiał by o dreszcze. (...)
Ja powiem tak: w tekstach dłuższych niż oneshoty (znaczy się, jednoczęściowe opowiadanko bez planów na kontynuowanie go) nie trzeba od razu i na samym początku wrzucać Narracyjnego Bach. Ale to w sumie zależy od gustu; ktoś lubi, jak się go od razu wrzuca na głęboką wodę, ktoś woli, jak akcja rozwija się powoli. I, tak, pamiętam, że marcelowi pisałam co innego - że część pierwsza trochę mdło się kończy - ale to inne opowiadanie i inna sprawa. Tutaj akurat mój instynkt mówi mi, że Narracyjnego Bach nie potrzeba aż tak bardzo.
Nie będę się, wyjątkowo, czepiała rozpisywania pewnych fragmentów, bo moim zdaniem opisy są jak w sam raz. Nie za długie, nie za krótkie. Ale nie wiem, nie zabieram się za komentowanie jak za betę, nie czytam x razy żeby wyłapać wszystkie niedociągnięcia, czy to merytoryczne, czy ortograficzne, więc mogło mi coś po prostu umknąć.
Za to tradycyjnie przyczepię się do pauz i półpauz. Ja rozumiem, Worda się włączać nie chce, no ale tak ładniej jest... Estetyczniej... *babskie marudzenie* A skoro już jesteśmy przy czepianiu się, dorzucę jeszcze kilka rzeczy z tej kategorii. W kilku miejscach przecinków albo brakowało, albo były źle postawione. Gdzieniegdzie należałoby zmienić szyk zdania, żeby "płynniej" się przez nie przechodziło. Znalazł się chyba nawet jeden (ew. dwa) błąd logiczny. No i rzucił mi się w oczy taki fragment:
W oddali zauważam bawiące się stadko mięsa czy – to dość smutne, a zarazem zabawne i ironiczne, że istoty gotowe wygryźć ci trzewia są też w stanie bezinteresownie bawić się, kulając swoje obłe cielska po ziemi. Chociaż… Nachodzi mnie nagła myśl, że przecież my, ludzie, jesteśmy dokładnie tacy sami – potrafimy rano mordować bez mrugnięcia okiem, a wieczorem bawić się w najlepsze. Kontynuuję rozglądanie się i kilkadziesiąt metrów od jaskini widzę nieruchomy kształt, częściowo zanurzony w błocku. Postanawiam to sprawdzić – zejście z mostu zajmuje mi parę chwil, ponowne odnalezienie ciała, tym razem z perspektywy naziemnej, zabiera mi kolejnych parę minut. W końcu staję przy zwłokach.
Próbowałam, naprawdę próbowałam, i nie mogłam się dopatrzeć dokończenia tej myśli. Czy, czy, ale czy co? Hm? Wtrącenie wtrąceniem ("To dość smutne" i dalej), ale jednak należałoby by to jakoś pociągnąć i skończyć, skoro się zaczęło.
Tak mi się wydaje, że to już wszystko. No cóż.
– Tato, dlaczego nie możemy jechać z tobą?
– (do siebie) Bo jesteś mortalem, synku, a ja nie lubię paradoksu.
– (do siebie) Bo jesteś mortalem, synku, a ja nie lubię paradoksu.
No jestem pod wrażeniem. Czyta się bardzo przyjemnie. Szczególnie spodobało mi się pewne zdanie:
Podoba mi się język. Zwykły, potoczny. Nie zrobiłeś z tego jakiegoś przepełnionego wyniosłością i patosem pseudo arcydzieła.
Z niecierpliwością czekam na więcej
Nachodzi mnie nagła myśl, że przecież my, ludzie, jesteśmy dokładnie tacy sami – potrafimy rano mordować bez mrugnięcia okiem, a wieczorem bawić się w najlepsze.
Podoba mi się język. Zwykły, potoczny. Nie zrobiłeś z tego jakiegoś przepełnionego wyniosłością i patosem pseudo arcydzieła.
Z niecierpliwością czekam na więcej
Logic can take you from A to B, but imagination can take you anywhere.
Postawili kozaka za ten post (1):
Dla mnie fajnie się czyta prosto, ale sensownie. Czekam na więcej 
Ryzen 5600x || 32gb DDR4 || RTX 2080 Super
Dzięki wszystkim czytelnikom za miłe słowa
To opowiadanie z zamierzenia właśnie miało być proste - nie przepadam za patosem, poza tym, najwięcej uczuć kryje się w prostych słowach
Niestety, na kolejną część będziecie musieli poczekać trochę dłużej, bo cierpię na niemoc artystyczną
Po prostu nie mam weny, a nie chcę pisać na siłę, obniżając poziom. Lepiej trochę poczekać i dostać porządny kawałek tekstu, niż mieć od razu, ale chłam, czyż nie? 
W każdym razie, jak tylko coś wysmaruję, od razu wrzucę
Niestety, na kolejną część będziecie musieli poczekać trochę dłużej, bo cierpię na niemoc artystyczną
W każdym razie, jak tylko coś wysmaruję, od razu wrzucę
A czy TY już przeczytałeś i oceniłeś moją twórczość?
"Samotność w Zonie" - nadal kontynuowana.
"Dawno temu w Zonie" - tylko dla weteranów forum.
"Za późno" - czerwona część cyklu "Kolory Zony"
"Akurat o czasie" - biała część cyklu "Kolory Zony"
"Za wcześnie" - niebieska część cyklu "Kolory Zony"
"Pęknięte Zwierciadło" - mini-cykl o Zonie w wersji noir
"Samotność w Zonie" - nadal kontynuowana.
"Dawno temu w Zonie" - tylko dla weteranów forum.
"Za późno" - czerwona część cyklu "Kolory Zony"
"Akurat o czasie" - biała część cyklu "Kolory Zony"
"Za wcześnie" - niebieska część cyklu "Kolory Zony"
"Pęknięte Zwierciadło" - mini-cykl o Zonie w wersji noir
Mimo drobniutkich błędów i niedociągnięć opowiadanie czyta się bardzo przyjemnie, szczególnie bardzo mi się spodobały z pozoru tak nieistotne niuanse jak "bawiące się" mięsacze czy odnalezione zdjęcie - to czyni opowiadanie bardziej naturalnym i jednocześnie mniej "mechanicznym". Co do tego zarzutu:
... niestety ale się z nim zgadzam. Rzeczywiście jest to nieco zbyt suche, niemal jak dziennikarska, pozbawiona emocji relacja - Emisja nie przeraża, Zona jest mało koszmarnym miejscem a sam bohater bliżej nieokreślony.
Mam też jedno pytanie: bohater budzi się w jakiejś kryjówce, nadciąga Emisja, musi się schronić... dlaczego zaczyna biec do oddalonej kryjówki zamiast zostać w tej co był dotychczas? Skoro spędził w niej noc, uznał ja za bezpieczną, przecież Emisja - albo coś znacznie gorszego - równie dobrze mogło zdarzyć się również podczas snu
duty pisze:Wszystko ładnie pięknie ale czegoś brakuje, jest to sucha relacja a powinna bardziej trzymać w napięciu, zbliżająca się emisja powinna przyprawiać o dreszcze, wzbudzać straszne wspomnienia, bądź opis zjawisk zwiastujących nadejście emisji przyprawiał by o dreszcze. Brakuje też opisu stanu emocjonalnego bohatera, przebywając w Zonie nie byłby na pewno taki spokojny szczególnie podróżując sam . Gdzie serce podchodzące do gardła i strach w oczach, naprawdę przydało by się.
... niestety ale się z nim zgadzam. Rzeczywiście jest to nieco zbyt suche, niemal jak dziennikarska, pozbawiona emocji relacja - Emisja nie przeraża, Zona jest mało koszmarnym miejscem a sam bohater bliżej nieokreślony.
Mam też jedno pytanie: bohater budzi się w jakiejś kryjówce, nadciąga Emisja, musi się schronić... dlaczego zaczyna biec do oddalonej kryjówki zamiast zostać w tej co był dotychczas? Skoro spędził w niej noc, uznał ja za bezpieczną, przecież Emisja - albo coś znacznie gorszego - równie dobrze mogło zdarzyć się również podczas snu
Autorskie artykuły:
Seria literacka S.T.A.L.K.E.R. bez tajemnic + Wywiady z prekursorami serii lit. S.T.A.L.K.E.R.
Seria Od zera do Stalkera
Seria Kroniki Zony
Seria literacka S.T.A.L.K.E.R. bez tajemnic + Wywiady z prekursorami serii lit. S.T.A.L.K.E.R.
Seria Od zera do Stalkera
Seria Kroniki Zony
Hm, tak jak pisałem - emisja miała być silniejsza, niż domek mógł zapewnić ochronę
Wiadomo, że różnią się one od siebie siłą - tak samo jak i kryjówki mogą się różnić wartością 'ochrony' przed emisją 
Co do 'surowości' - taki w sumie obrałem w tym opowiadaniu styl, cóż... Może też po prostu nie umiem inaczej ująć Zony w słowa
W każdym razie, niedługo w pierwszym poście dodam trzecią część, czyli kto chce, niech czyta - około pół godziny na przepisanie tego z kartek
Co do 'surowości' - taki w sumie obrałem w tym opowiadaniu styl, cóż... Może też po prostu nie umiem inaczej ująć Zony w słowa
W każdym razie, niedługo w pierwszym poście dodam trzecią część, czyli kto chce, niech czyta - około pół godziny na przepisanie tego z kartek
A czy TY już przeczytałeś i oceniłeś moją twórczość?
"Samotność w Zonie" - nadal kontynuowana.
"Dawno temu w Zonie" - tylko dla weteranów forum.
"Za późno" - czerwona część cyklu "Kolory Zony"
"Akurat o czasie" - biała część cyklu "Kolory Zony"
"Za wcześnie" - niebieska część cyklu "Kolory Zony"
"Pęknięte Zwierciadło" - mini-cykl o Zonie w wersji noir
"Samotność w Zonie" - nadal kontynuowana.
"Dawno temu w Zonie" - tylko dla weteranów forum.
"Za późno" - czerwona część cyklu "Kolory Zony"
"Akurat o czasie" - biała część cyklu "Kolory Zony"
"Za wcześnie" - niebieska część cyklu "Kolory Zony"
"Pęknięte Zwierciadło" - mini-cykl o Zonie w wersji noir
Posty: 126•
Przejdź do strony:




