Nyguz
11 sie 2011, 16:06
Posty: 104•
Przejdź do strony:
Godzina 20:28, zajęcia z projektowania aplikacji mobilnych na platformę Windows, skończyliśmy robić apkę, pan nas puścił godzinę przed końcem zajęć.
Very happy idę, zaszedłem do łazienki za potrzebą, koledzy poszli dalej. Wychodzę, odpinam zapinkę od roweru, jadę; rower ma zamienione hamulce lewy z przednim, 2 tygodnie dopiero jeżdżę, jeszcze się nie przyzwyczaiłem.
Dwaj koledzy są jakieś 100m ode mnie, rozpędziłem się z górki, na maxa,na wysokim biegu, wiatr wieje w uszach
Chciałem zachamować rozpędzony przed nimi żeby koło zapiszczało; nagle lecę do przodu, nie rozumiem co się dzieje; nacisnąłem przedni hamulec zamiast tylnego
jeb na glebe, rower na mnie, leże i się nie ruszam, kolega zdjął ze mnie rower, po jakimś czasie wstałem, lewy łokieć cały rozje*any, ręka nie chce się zginać w łokciu, prawy nadgarstek zdarty, prawe kolano też, dziura w spodniach na prawym kolanie, kierownica przekrzywiona o jakieś 30 stopni
jakoś dojechałem do domu i odkaziłem wszystko spirytusem, może jakoś się zagoi
kolega mówił że trzeba było krzyczeć że coś chce odje*ać to że by nagrał
ale ja chciałem tylko zapiszczeć kołem

Very happy idę, zaszedłem do łazienki za potrzebą, koledzy poszli dalej. Wychodzę, odpinam zapinkę od roweru, jadę; rower ma zamienione hamulce lewy z przednim, 2 tygodnie dopiero jeżdżę, jeszcze się nie przyzwyczaiłem.
Dwaj koledzy są jakieś 100m ode mnie, rozpędziłem się z górki, na maxa,na wysokim biegu, wiatr wieje w uszach
Chciałem zachamować rozpędzony przed nimi żeby koło zapiszczało; nagle lecę do przodu, nie rozumiem co się dzieje; nacisnąłem przedni hamulec zamiast tylnego
jeb na glebe, rower na mnie, leże i się nie ruszam, kolega zdjął ze mnie rower, po jakimś czasie wstałem, lewy łokieć cały rozje*any, ręka nie chce się zginać w łokciu, prawy nadgarstek zdarty, prawe kolano też, dziura w spodniach na prawym kolanie, kierownica przekrzywiona o jakieś 30 stopni
jakoś dojechałem do domu i odkaziłem wszystko spirytusem, może jakoś się zagoi
kolega mówił że trzeba było krzyczeć że coś chce odje*ać to że by nagrał

Postawili kozaka za ten post (1):
Jest sobie pewien obiekt przemysłowy w Podlaskim. A dokładniej nowa "hala fabryczna" tartaku. Wylany fundament, na tym kilka filarów, które utrzymują nad tym dach, piętrowe maszyny sprowadzone na ponad 30tu tirach z Austrii rozstawione na terenie tego wszystkiego, jakieś ziomeczki latają i tworzą jeszcze cienkie ściany z desek żeby deszcz nie zacinał. Ja z ojcem i paroma innymi osobami siedzimy tam praktycznie od czerwca, podłączamy sterowanie, naprawiamy elektrykę, modernizujemy sprzęt itp. - po prostu typowa praca automatyka w podlaskim.
No i nadszedł Dzień. Dzień, w którym po paru dobach opadów i przekształceniu się większości niezarośniętego terenu w pobliżu w błoto, w którym po paru godzinach łączenia kabli całą ekipą zdecydowaliśmy, że trzeba wylecieć do pobliskiego miasta zeżreć w końcu śniadanie i odwiedzić hurtownię, sprzętu dowieźć. No z niecałe dwie godziny zeszły, w międzyczasie całkiem ostro się rozpadało, ale czegoś takiego to się żeśmy nie spodziewali.
Dojeżdżamy na miejsce, a tam pandemonium. Po rozpoznaniu sytuacji stwierdzone fakty: Przez środek obiektu (i sporej części maszyn) po betonie zapie*dala sobie radośnie niewielka rzeka, wokół hali woda na nieco wklęsłą podłogę wlewa się niemal połową jej obwodu. Ludzie wokół biegają, coś wrzeszczą. Dokoła budynku popindala gościu koparką i robi te swoje kółeczka, zamiatając wodę z dala od wszystkiego, prawie cała załoga lata ze szpadlami i kopie rowki do odprowadzania wody z okolic (konsekwencja postawienia tej hali we wgłębieniu terenu). Prawie, bo jakiś gościu sobie na kompletnym wyje*aniu, stojąc po kostki w wodzie coś spawa. Nie ma czasu go uświadamiać, trzeba sprzęt ratować. Wszystkie narzędzia i elektronika rozwalone po podłodze won do jakieś wyższej skrzyni, wszyscy rozlecieli się po obiekcie wyłączyć zasilanie i sprawdzić, czy woda niczego nieodwracalnie nie uszkodzi, prawie zapomnieliśmy o zabraniu gdzieś całej dokumentacji, żeby nie przemokła, latamy wszędzie gdzie się tylko da uważając, żeby się o błoto nie wywalić, po prostu dzicz. Z transu wyrywa nas czyjeś błyskotliwe spostrzeżenie: "O ku*wa". Powód? My sobie biegamy, a tam nam zaczęło całą część budynku ze wszystkimi szafami sterowniczymi i główną rozdzielnią elektryczną podmywać
. No to raus, wszystkie kable mniej czy bardziej podłączone do prądu zawieszamy gdzieś wyżej niż na podłodze, sypiemy pod i między szafy cudem gdzieś uchowane suche trociny, a w międzyczasie sobie obserwujemy jak kałuża pomimo trocin powoli podpływa w stronę rozdzielni mając nadzieję, że nie dotrze do kabli idących w rowkach w podłodze prosto do (własnej dla obiektu) trafostacji lub chociaż że te kable mają izolację w całości. Najwyraźniej mieliśmy rację, bo nie mieliśmy okazji przyglądać się jak nasza praca zamienia się w grzałkę/waporyzator wody o mocy circa sześciuset kilowatów. Na szczęście niedługo później przestało padać i nie musieliśmy przetestować szczęścia naszego i inwestorów.
Resztę dnia spędziliśmy na piętrze, cisnąc bekę z tego co się odwaliło. I tak na dole nie można było nic zrobić, a chociaż butów dalej nie moczyliśmy.
Kilka dni później, gdy już wszystko wyschło, następne zmiany: operator koparki wykopał wokół budynku tak jakby płytką fosę, pracownicy zaczęli przychodzić w odzieży ochronnej, to jest w gumofilcach. Spawacz jak spawał tak dalej spawa. W gumowcach oczywiście.
Wręcz nie mogę doczekać się następnych większych deszczów.
PS: Żeby było zabawniej, wychodzi na to że nie jest to pierwsza taka inba z tymi maszynami - znaleźliśmy parę silników i innych ustrojstw, w których hermetyczna obudowa zamiast powstrzymać wodę przed dostaniem się do wewnątrz, uchroniła wodę przed wydostaniem się stamtąd i spowodowała całkiem ładny rozpie*dol. Jednak tutaj takie "kokosy" znajdują się one parę metrów nad ziemią, więc wygląda na to, że jeszcze za granicą zostały gdzieś utopione
.
No i nadszedł Dzień. Dzień, w którym po paru dobach opadów i przekształceniu się większości niezarośniętego terenu w pobliżu w błoto, w którym po paru godzinach łączenia kabli całą ekipą zdecydowaliśmy, że trzeba wylecieć do pobliskiego miasta zeżreć w końcu śniadanie i odwiedzić hurtownię, sprzętu dowieźć. No z niecałe dwie godziny zeszły, w międzyczasie całkiem ostro się rozpadało, ale czegoś takiego to się żeśmy nie spodziewali.
Dojeżdżamy na miejsce, a tam pandemonium. Po rozpoznaniu sytuacji stwierdzone fakty: Przez środek obiektu (i sporej części maszyn) po betonie zapie*dala sobie radośnie niewielka rzeka, wokół hali woda na nieco wklęsłą podłogę wlewa się niemal połową jej obwodu. Ludzie wokół biegają, coś wrzeszczą. Dokoła budynku popindala gościu koparką i robi te swoje kółeczka, zamiatając wodę z dala od wszystkiego, prawie cała załoga lata ze szpadlami i kopie rowki do odprowadzania wody z okolic (konsekwencja postawienia tej hali we wgłębieniu terenu). Prawie, bo jakiś gościu sobie na kompletnym wyje*aniu, stojąc po kostki w wodzie coś spawa. Nie ma czasu go uświadamiać, trzeba sprzęt ratować. Wszystkie narzędzia i elektronika rozwalone po podłodze won do jakieś wyższej skrzyni, wszyscy rozlecieli się po obiekcie wyłączyć zasilanie i sprawdzić, czy woda niczego nieodwracalnie nie uszkodzi, prawie zapomnieliśmy o zabraniu gdzieś całej dokumentacji, żeby nie przemokła, latamy wszędzie gdzie się tylko da uważając, żeby się o błoto nie wywalić, po prostu dzicz. Z transu wyrywa nas czyjeś błyskotliwe spostrzeżenie: "O ku*wa". Powód? My sobie biegamy, a tam nam zaczęło całą część budynku ze wszystkimi szafami sterowniczymi i główną rozdzielnią elektryczną podmywać
Resztę dnia spędziliśmy na piętrze, cisnąc bekę z tego co się odwaliło. I tak na dole nie można było nic zrobić, a chociaż butów dalej nie moczyliśmy.
Kilka dni później, gdy już wszystko wyschło, następne zmiany: operator koparki wykopał wokół budynku tak jakby płytką fosę, pracownicy zaczęli przychodzić w odzieży ochronnej, to jest w gumofilcach. Spawacz jak spawał tak dalej spawa. W gumowcach oczywiście.
Wręcz nie mogę doczekać się następnych większych deszczów.
PS: Żeby było zabawniej, wychodzi na to że nie jest to pierwsza taka inba z tymi maszynami - znaleźliśmy parę silników i innych ustrojstw, w których hermetyczna obudowa zamiast powstrzymać wodę przed dostaniem się do wewnątrz, uchroniła wodę przed wydostaniem się stamtąd i spowodowała całkiem ładny rozpie*dol. Jednak tutaj takie "kokosy" znajdują się one parę metrów nad ziemią, więc wygląda na to, że jeszcze za granicą zostały gdzieś utopione
Spolszczenie do Misery: The Armed Zone (Ja & Imienny)
Ciekawe kiedy ilość moich kozaczków przekroczy moje IQ
Ciekawe kiedy ilość moich kozaczków przekroczy moje IQ
Postawili kozaka za ten post (1):
No to pozostanę w temacie:)
Różnego rodzaju usługi elektryczne - konserwacja, utrzymanie, naprawy i nowe instalacje. Stały klient wzywa do "uszkodzonej" maszyny, dłutarki.
Problem - maszyna nie startuje.
Rozwiązanie - przełączono dźwignię sprzęgła na pierwszy bieg. Nowy operator zachwycony sprawną interwencją.
Ta sama firma, uszkodzona tokarka.
Problem - pompa nie podaje chłodziwa.
Rozwiązanie - dolano chłodziwa do układu.
Inna firma, nie działa zdalne sterowanie pompy (prawdziwy smok do nawadniania pola, całość załączana radiowo). Okazało się, że jedna z osób z obsługi poprzedniego dnia włączała i wyłączała pompę ręcznie, używając jej do przepłukiwania jakichś maszyn czy węży. Przekręciłem pokrętło wyboru sterowania z "Ręczne" na "Auto", spojrzałem jeszcze raz na obsługę i pojechałem dalej. Obsługa została tam w ciszy i skupieniu, zastanawiając się nad reakcją szefostwa.
"Panie, bo mi prąd nie działa w domu, niech pan przyjedzie."
Okazało się, że za nieopłacone rachunki firma dostarczająca prąd zabiera w rozliczeniu licznik
Tego typu kwiatków jest cała masa, ale spora ich część to raczej humor branżowy. Tak czy inaczej bywa wesoło:)
Różnego rodzaju usługi elektryczne - konserwacja, utrzymanie, naprawy i nowe instalacje. Stały klient wzywa do "uszkodzonej" maszyny, dłutarki.
Problem - maszyna nie startuje.
Rozwiązanie - przełączono dźwignię sprzęgła na pierwszy bieg. Nowy operator zachwycony sprawną interwencją.
Ta sama firma, uszkodzona tokarka.
Problem - pompa nie podaje chłodziwa.
Rozwiązanie - dolano chłodziwa do układu.
Inna firma, nie działa zdalne sterowanie pompy (prawdziwy smok do nawadniania pola, całość załączana radiowo). Okazało się, że jedna z osób z obsługi poprzedniego dnia włączała i wyłączała pompę ręcznie, używając jej do przepłukiwania jakichś maszyn czy węży. Przekręciłem pokrętło wyboru sterowania z "Ręczne" na "Auto", spojrzałem jeszcze raz na obsługę i pojechałem dalej. Obsługa została tam w ciszy i skupieniu, zastanawiając się nad reakcją szefostwa.
"Panie, bo mi prąd nie działa w domu, niech pan przyjedzie."
Okazało się, że za nieopłacone rachunki firma dostarczająca prąd zabiera w rozliczeniu licznik
Tego typu kwiatków jest cała masa, ale spora ich część to raczej humor branżowy. Tak czy inaczej bywa wesoło:)
Postawili kozaka za ten post (1):
Sytuacja pasuje zarówno tutaj, jak i do tematu "co mnie wkurza", ale piszę tu, bo sytuacja, choć wkurzająca, bardzo mnie rozśmieszyła.
Jako, że mam problemy z kondycją, postanowiłem to zmienić i zacząłem biegać. Biegałem cały lipiec, w sierpniu zacząłem urlop i też biegałem. Pech chciał, że 3 dnia urlopu, podczas biegu, uszkodziłem sobie nogę. Zaczęła mnie boleć. Na początku przy piszczelu, potem ból przeszedł jeszcze w stronę kostki. Gdy po miesiącu ból nie przeszedł, stwierdziłem, że jednak trzeba do lekarza. Dostałem skierowanie do chirurga. i się zarejestrowałem. Na 2 października... No jak to usłyszałem to zacząłem się śmiać i stwierdziłem Pani z rejestracji, że do tego czasu noga sama się wyleczy... Opowiedziałem to koledze, a ten stwierdził, że to i tak szybko...
Ale przynajmniej potwierdziłem, że te wszystkie memy i żarty z NFZ-u, to nie do końca są żarty...
Jako, że mam problemy z kondycją, postanowiłem to zmienić i zacząłem biegać. Biegałem cały lipiec, w sierpniu zacząłem urlop i też biegałem. Pech chciał, że 3 dnia urlopu, podczas biegu, uszkodziłem sobie nogę. Zaczęła mnie boleć. Na początku przy piszczelu, potem ból przeszedł jeszcze w stronę kostki. Gdy po miesiącu ból nie przeszedł, stwierdziłem, że jednak trzeba do lekarza. Dostałem skierowanie do chirurga. i się zarejestrowałem. Na 2 października... No jak to usłyszałem to zacząłem się śmiać i stwierdziłem Pani z rejestracji, że do tego czasu noga sama się wyleczy... Opowiedziałem to koledze, a ten stwierdził, że to i tak szybko...
Ale przynajmniej potwierdziłem, że te wszystkie memy i żarty z NFZ-u, to nie do końca są żarty...
Jeżeli rejestrowałeś się niedawno i dostałeś termin na 2 października to możesz mówić o cudzie, chyba że twój lekarz dał Ci jakieś mega pilne skierowanie dla umierających. Tak czy siak dziwi mnie, że ignorowałeś ból tak długo. Zawsze mogłeś pójść na SOR, posiedzieć kilka godzin i miałbyś z głowy, gdyby ból był gorszy.
Gogole mi coś sugeruje:


Mówi się, że nie powinno się szufladkować ludzi i ogólnie stereotypy są BE-BE. Ale jak tu się nie śmiać ze stereotypów? Np. z takich siłaczy co mają jedną szarą komórkę odpowiadającą tylko za pakowanie na siłce i potrzeby fizjologiczne?
Bo mam właśnie takiego znajomego. Ostatnio zrobił sobie tatuaż - i przyznaję - zajebiaszczy. Samuraj z wyciągniętą kataną na tle dość mrocznego lasu... oczywiście kiedy tylko mógł to go pokazywał, więc zapytałem:
Ja: A czemu akurat samuraj?
On: Bo lubię takie chińskie klimaty.
Nie. To nie był ironicznie-sarkastyczny żart. On tak serio...
Bo mam właśnie takiego znajomego. Ostatnio zrobił sobie tatuaż - i przyznaję - zajebiaszczy. Samuraj z wyciągniętą kataną na tle dość mrocznego lasu... oczywiście kiedy tylko mógł to go pokazywał, więc zapytałem:
Ja: A czemu akurat samuraj?
On: Bo lubię takie chińskie klimaty.
Nie. To nie był ironicznie-sarkastyczny żart. On tak serio...
Przypomniała mi się stara historia z III gimnazjum:
W naszej szkole były Walentynki. Z tej okazji postanowiliśmy zrobić jednemu uczniowi z II klasy kawał. Gość ogólnie nie był w szkole lubiany, był upierdliwy
a do tego jeszcze donosił nauczycielom jak się działa jakaś akcja (ktoś się w szatni pobił czy palił w kiblu). Postanowiliśmy więc zażartować sobie z niego. Koleś startował do jednej dziewczyny, ta jednakże odrzucała jego zaloty. Postanowiliśmy więc że zrobimy mu "kartkę"
. Jeden z kumpli poszedł do kibla i wziął spory kawał papieru toaletowego. Wzięliśmy długopis i napisaliśmy takież wyznanie:
"MOJA MIŁOŚĆ DO CIEBIE JEST TAK WIELKA ŻE ZUŻYŁAM CAŁĄ ROLKĘ PAPIERU TOALETOWEGO"
Następnie jeden z naszej grupy włożył papier do koperty, kopertę podpisał "Dla XXX (imię i nazwisko "kolegi")" i wrzucił "kartkę" do pudła oczywiście przedtem sprawdziliśmy czy odbiorca gdzieś się nie kręci. Na szczęście nie było go toteż plan się udał.
Potem...
Mieliśmy lekcję wf-u razem z klasą tegoż kolegi. Z racji tego że w szkole mieliśmy tylko jedną salę gimnastyczną okazało się że drużyna dziewczyn w siatce musi trenować. Z tego powodu my daliśmy salę dziewczynom do treningu a sami poszliśmy do świetlicy. Tam wuefista puścił nam jakiś mecz co ostatnio w TV leciał. W końcu do klasy przyszły dziewczyny z pudełkiem walentynek. Kilka osób dostało kartki po czym przyszedł czas na pana X. Kiedy dostał kartkę to myśleliśmy że chłopina z radochy popuści. Niestety srogie było jego rozczarowanie po przeczytaniu tekstu 'kartki" na głos. Natomiast cała świetlica pękała wręcz ze śmiechu
.
Nowości na https://gryonline2.pl/gry-hazardowe-online/ zawsze powiedzą ci, co jest ważne, aby grać dzisiaj.
W naszej szkole były Walentynki. Z tej okazji postanowiliśmy zrobić jednemu uczniowi z II klasy kawał. Gość ogólnie nie był w szkole lubiany, był upierdliwy
"MOJA MIŁOŚĆ DO CIEBIE JEST TAK WIELKA ŻE ZUŻYŁAM CAŁĄ ROLKĘ PAPIERU TOALETOWEGO"
Następnie jeden z naszej grupy włożył papier do koperty, kopertę podpisał "Dla XXX (imię i nazwisko "kolegi")" i wrzucił "kartkę" do pudła oczywiście przedtem sprawdziliśmy czy odbiorca gdzieś się nie kręci. Na szczęście nie było go toteż plan się udał.
Potem...
Mieliśmy lekcję wf-u razem z klasą tegoż kolegi. Z racji tego że w szkole mieliśmy tylko jedną salę gimnastyczną okazało się że drużyna dziewczyn w siatce musi trenować. Z tego powodu my daliśmy salę dziewczynom do treningu a sami poszliśmy do świetlicy. Tam wuefista puścił nam jakiś mecz co ostatnio w TV leciał. W końcu do klasy przyszły dziewczyny z pudełkiem walentynek. Kilka osób dostało kartki po czym przyszedł czas na pana X. Kiedy dostał kartkę to myśleliśmy że chłopina z radochy popuści. Niestety srogie było jego rozczarowanie po przeczytaniu tekstu 'kartki" na głos. Natomiast cała świetlica pękała wręcz ze śmiechu
Nowości na https://gryonline2.pl/gry-hazardowe-online/ zawsze powiedzą ci, co jest ważne, aby grać dzisiaj.
Posty: 104•
Przejdź do strony:

