Grzechu300
26 kwie 2015, 20:24
Moderator: Realkriss
Posty: 18•
Ale jakbyśmy już tak się zagłębiali w szczegóły, to jako że włącznik może służyć zarówno do zamykania (włączania), jak i do otwierania (wyłączania), to... żadna forma nie jest poprawna
W takim wypadku lepiej służyłby nam przełącznik...
Ale ze względu na to, że aż tak bardzo poprawni nie jesteśmy, polecam po prostu zaakceptować obecną formę "włącznik", gdyż bohater ma w łapie wyłączoną latarkę - i co może z nią zrobić? Włączyć, bo jak możesz wyłączyć coś, co jest już wyłączone? I dlatego włącznik, a nie wyłącznik.
Ale ze względu na to, że aż tak bardzo poprawni nie jesteśmy, polecam po prostu zaakceptować obecną formę "włącznik", gdyż bohater ma w łapie wyłączoną latarkę - i co może z nią zrobić? Włączyć, bo jak możesz wyłączyć coś, co jest już wyłączone? I dlatego włącznik, a nie wyłącznik.
Spolszczenie do Misery: The Armed Zone (Ja & Imienny)
Ciekawe kiedy ilość moich kozaczków przekroczy moje IQ
Ciekawe kiedy ilość moich kozaczków przekroczy moje IQ
Niestety w tym przypadku nie ma miejsca na filozofię- wyłącznik to poprawna nazwa urządzenia elektrycznego.
Wyłącznik ma za zadanie przerwać źródło zasilania od odbiornika -stąd nazwa-gdyby nie on, wspomiana latarka świeciłaby cały czas. Używając wyłącznika można natomiast włączać i wyłączać(2 tryby).
Przełącznik natomiast przełącza kilka trybów już włączonych.
Podobnie jest ze sprzęgłem w aucie- naciskając wyłączasz sprzęgło, ale wielu błędnie uważe, że właśnie je włącza.
Słowo włącznik używają właśnie laicy i powstało od włączania.
Wyłącznik ma za zadanie przerwać źródło zasilania od odbiornika -stąd nazwa-gdyby nie on, wspomiana latarka świeciłaby cały czas. Używając wyłącznika można natomiast włączać i wyłączać(2 tryby).
Przełącznik natomiast przełącza kilka trybów już włączonych.
Podobnie jest ze sprzęgłem w aucie- naciskając wyłączasz sprzęgło, ale wielu błędnie uważe, że właśnie je włącza.
Słowo włącznik używają właśnie laicy i powstało od włączania.
Rzeczywiście, spór między wyłącznikiem a włącznikiem należy do bardzo młodych. Według słowników rozstrzyga się tak, że "wyłącznik" tak, a "włącznik" nie. Mowa, oczywiście, o słownikach tworzonych zanim wujek google wszedł w skład redakcji naukowej. Zaś naukowo ogólna kategoria tych aparatów to "łączniki elektryczne", które się "przestawia", a nie włącza bądź wyłącza - załączany i wyłączany jest bowiem sam prąd. Z kolei sam "wyłącznik" w nauce jest podgatunkiem "łączników". Co do "przełącznika" - jak wyżej.
Swoją drogą - natrafiłem na ciekawe spostrzeżenie, że nieco podobnie jest np. z pasem startowym - nie ma pasa lądowniczego.
Swoją drogą - natrafiłem na ciekawe spostrzeżenie, że nieco podobnie jest np. z pasem startowym - nie ma pasa lądowniczego.
Pany, ja jestem studentem, nie inżynierem. Podstawowe rzeczy jak pralkę czy kran naprawię, ale na szczegółach technicznych się nie znam. Co nie zmienia faktu, że prawidłową opcję włącznika/wyłącznika w tekście zamieścić powinienem. I dzięki za pomoc, ale to chyba sprawa sporna.
Po prostu znudziło mi się już trochę "idź przez Zonę, piżgnij ze strzelby,pogadaj z Chimerą, wróć bez szwanku."
Spoko Sławek, widzę aluzję. Poeksperymentować chciałem, jak Ci się nie podoba styl to krytykuj, a nie sucharami rzucaj. Nie piszę często takich tekstów, w zasadzie ten był pierwszy, i sam czuję, że jest "niedociągnięty".slawek73 pisze:Wybaczcie chłopaki, ale nie mogłem się powstrzymać![]()
Po prostu znudziło mi się już trochę "idź przez Zonę, piżgnij ze strzelby,pogadaj z Chimerą, wróć bez szwanku."
Вознаграждён будет только один.
Postawili kozaka za ten post (1):
Jest za to "lądowisko" a nie ma "startowiska" choć jest "pole wzlotów"Plaargath pisze: nieco podobnie jest np. z pasem startowym - nie ma pasa lądowniczego.
CREDO [łac. Wierzę]
Postawili kozaka za ten post (1):
Ano. Bardziej pisane dla siebie, niż pod jakąś ocenę.
Cisza. Całkowita. Dziwna, charakterystyczna tylko dla tego, jedynego dnia. Można by powiedzieć – nietutejsza. Brak jakiegokolwiek dźwięku. Tylko deszcz.
Ostrożnie, krok za krokiem kieruję się w dół drogi. Środkiem, mając gdzieś zasady i przesądy o „skraju drogi”.
Dziś nie jest to ważne.
Zimny dreszcz skuwa moje plecy. Uderzenia podeszw o przeorany licznymi bruzdami asfalt wydają się tak głośne w tej tak nierealistycznej, absolutnej ciszy. Świętokradztwem wydaje mi się ją niszczyć.
Zaciskam skostniałe palce na śrubie, chowam ją głębiej do kieszeni podartego płaszcza. Nie będę musiał sprawdzać drogi, uważać na śmiertelne anomalie.
Nie Dzisiaj.
Pada. Lekki deszcz, zawsze jak co roku tego dnia, całą dobę. Zlizuję krople, znajdujące drogę z twarzy do spękanych ust. Słone. Nawet nie mam ochoty się dziwić.
Jest pusto. Żadnego szmeru, poruszenia, odległego ryku czy dalekiej kanonady wystrzałów.
Nie Dzisiaj.
Bardzo się boję. Ale jak co roku, przyszedłem zobaczyć Korowód.
Ostrożnie przysiadam na zbutwiałej ławce przed zrujnowanym płotem. Odkładam karabin, pstrykam bezpiecznikiem. Nie będę musiał do niczego strzelać.
Nie Dzisiaj.
Pierwsze sylwetki pojawiają się w oddali, nieopodal szczątków zrujnowanego gospodarstwa.
Idą. Nie potrafię powiedzieć, określić czym lub kim są. Wizją, tworem, bytem.
Po prostu idą. Nieśpiesznie, spokojnie. Robotnicy z kołchozów w poplamionych ubraniach, matki z dziećmi na rękach, dawni pracownicy i naukowcy w niebieskich kitlach. Patrzą przed siebie, na ruiny świata. Ich świata.
A Ona nad nimi płacze, skraplając ich łzami własnej rozpaczy.
Lamentując nad paradą zmarłych.
To nie są duchy, upiory. Nie są również materialni. Nie zwrócą się w twoim kierunku, nie rzucą na ciebie. Nie spojrzą. Oni po prostu...są.
Rok w rok. Dzisiaj.
A ja się im przyglądam.
Wracają do swych domów, do miejsc pracy, do parków. Przychodzą w odwiedziny, do własnych spopielonych szczątków, do krwawych zacieków na ścianach, do dawno martwych, ziejących ciszą pomieszczeń i budynków. Stąpają pośród resztek własnego życia, pośród pyłu i wspomnień.
Nie mówią nic. Nie uśmiechają się, nie są smutni, nie płaczą.
Oni są. Tylko Dzisiaj.
Podążam wzrokiem za Korowodem, rozcieram zgrabiałe dłonie.
Drżę. Boję się. Każdego roku się boję. Bardziej niż odrażających paszczy Jej dzieci, bardziej niż widoku ciał rozrywanych przez Jej anomalne twory, bardziej niż świstu kul nad głową i nocnych koszmarów.
Ale mimo to przychodzę tu co roku. Siadam i patrzę.
Na paradę umarłych, korowód spopielonych.
Ostrożnie, krok za krokiem kieruję się w dół drogi. Środkiem, mając gdzieś zasady i przesądy o „skraju drogi”.
Dziś nie jest to ważne.
Zimny dreszcz skuwa moje plecy. Uderzenia podeszw o przeorany licznymi bruzdami asfalt wydają się tak głośne w tej tak nierealistycznej, absolutnej ciszy. Świętokradztwem wydaje mi się ją niszczyć.
Zaciskam skostniałe palce na śrubie, chowam ją głębiej do kieszeni podartego płaszcza. Nie będę musiał sprawdzać drogi, uważać na śmiertelne anomalie.
Nie Dzisiaj.
Pada. Lekki deszcz, zawsze jak co roku tego dnia, całą dobę. Zlizuję krople, znajdujące drogę z twarzy do spękanych ust. Słone. Nawet nie mam ochoty się dziwić.
Jest pusto. Żadnego szmeru, poruszenia, odległego ryku czy dalekiej kanonady wystrzałów.
Nie Dzisiaj.
Bardzo się boję. Ale jak co roku, przyszedłem zobaczyć Korowód.
Ostrożnie przysiadam na zbutwiałej ławce przed zrujnowanym płotem. Odkładam karabin, pstrykam bezpiecznikiem. Nie będę musiał do niczego strzelać.
Nie Dzisiaj.
Pierwsze sylwetki pojawiają się w oddali, nieopodal szczątków zrujnowanego gospodarstwa.
Idą. Nie potrafię powiedzieć, określić czym lub kim są. Wizją, tworem, bytem.
Po prostu idą. Nieśpiesznie, spokojnie. Robotnicy z kołchozów w poplamionych ubraniach, matki z dziećmi na rękach, dawni pracownicy i naukowcy w niebieskich kitlach. Patrzą przed siebie, na ruiny świata. Ich świata.
A Ona nad nimi płacze, skraplając ich łzami własnej rozpaczy.
Lamentując nad paradą zmarłych.
To nie są duchy, upiory. Nie są również materialni. Nie zwrócą się w twoim kierunku, nie rzucą na ciebie. Nie spojrzą. Oni po prostu...są.
Rok w rok. Dzisiaj.
A ja się im przyglądam.
Wracają do swych domów, do miejsc pracy, do parków. Przychodzą w odwiedziny, do własnych spopielonych szczątków, do krwawych zacieków na ścianach, do dawno martwych, ziejących ciszą pomieszczeń i budynków. Stąpają pośród resztek własnego życia, pośród pyłu i wspomnień.
Nie mówią nic. Nie uśmiechają się, nie są smutni, nie płaczą.
Oni są. Tylko Dzisiaj.
Podążam wzrokiem za Korowodem, rozcieram zgrabiałe dłonie.
Drżę. Boję się. Każdego roku się boję. Bardziej niż odrażających paszczy Jej dzieci, bardziej niż widoku ciał rozrywanych przez Jej anomalne twory, bardziej niż świstu kul nad głową i nocnych koszmarów.
Ale mimo to przychodzę tu co roku. Siadam i patrzę.
Na paradę umarłych, korowód spopielonych.
Вознаграждён будет только один.
Postawili kozaka za ten post (1):
Posty: 18•


